Między Camp Nou, a plażami Katalonii

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

To jest druga część cyklu o moich 5 latach w Barcelonie. Pierwszą znajdziesz TUTAJ, a trzecia i ostatnia już niedługo.

Costa del Maresme

Co jest lepsze od mieszkania w Hiszpanii? Mieszkanie z widokiem na morze w Hiszpanii. 

Barcelona es bona si la bossa sona: Barcelona jest dobra jeżeli masz coś w portfelu. Po pierwszym okresie zachłyśnięcia miastem zaczęliśmy się zastanawiać, co będziemy tu właściwie robić. Nie chcieliśmy żeby nasza przygoda skończyła się gdy przejemy wszystkie oszczędności. Równocześnie nie chcieliśmy łapać się jakiejkolwiek pracy, ani znowu wpaść w korporacyjny kołowrotek. 

Mieliśmy niejasne przeczucie, że otworzymy coś swojego i spróbujemy z tego żyć. Niestety mieliśmy też równocześnie bardzo jasne przeczucie, że zanim to się rozkręci to zacznie nam brakować pieniędzy na czynsz. Postanowiliśmy wyprowadzić się pod miasto na wybrzeże. Motywowało nas głównie to, że wynajem nie kosztuje milionów monet (prawda), że będziemy mieszkać przy plaży (to też prawda) i że kiedy poznamy lepiej Maresme i Costa Brava to uda nam się wymyślić jakiś biznes skierowany pod turystów (nieprawda). 

Barcelona jest świetne skomunikowana z wybrzeżem, zarówno w kierunku Francji jak i Costa Dorada. Jeżeli byliście kiedyś w Lloret de Mar, czy Blanes to prawie na pewno jechaliście nadmorskim pociągiem do miasta. A jeżeli nie to polecam, bo widoki są niesamowite. 

Wylądowaliśmy w małym miasteczku Sant Andreu de Llavaneres*. Mieliśmy chatę z widokiem na morze, prywatnym basenem i miejsce parkingowe. Idealne miejsce żeby się zaczepić i pomyśleć, co dalej wprowadzając w życie plan dominacji nad światem.

A czym się zajmowaliśmy?

Praca w Barcelonie

Szczerze mówiąc to… wiem o niej tyle, ile opowiedzą mi znajomi. Od wyjazdu z Cypru w 2015 r. pracuję na własny rachunek i nie mam żadnego szefa nad sobą. Zajmuję się głównie inwestycjami na rynku walut Forex poprzez platformę XM, social media i stronami internetowymi. W skrócie wszystkim, co można robić przez internet z dowolnego miejsca na Ziemi. Dzięki temu w ogóle mogliśmy opcję wyprowadzki pod miasto. Dopóki nie mieliśmy potrzeby regularnego dojeżdżania do Barcelony Maresme było świetnym rozwiązaniem, szczególnie latem.

Co do pracy to kilka wskazówek zebranych od naszych znajomych. Przede wszystkim dobrze jest znać hiszpański. Właściwie jest to wymagane w każdej branży bo Hiszpanie mówią po angielsku słabo albo wcale, o czym pisałem już w pierwszej części.Jeżeli castellano jest ci obcy to wiele firm szuka native speakerów z różnymi egzotycznymi dla lokalsów językami, jak chociażby polski. Takiej pracy w sektorze customer service jest dość dużo i chociaż nie jest ona dobrze płatna to daje możliwość zaczepienia się na start. Oczywiście o tym, że trzeba znać wtedy płynnie przynajmniej angielski chyba nie muszę mówić.

Kataloński jest dodatkowym plusem, ale nie jest wymagany właściwie nigdzie wbrew popularnym opiniom. Na pewno warto go poznać przynajmniej komunikatywnie jeżeli zamierzacie zostać w Katalonii na dłużej.

Jeśli chodzi o zarobki w Barcelonie to nie spodziewaj się cudów. To nie jest miasto, do którego przyjeżdżasz dla pieniędzy. Z typowej pensji w biurze rzędu 1200-1500 EUR miesięcznie będzie cię stać na przyzwoite życie ale bez fajerwerków. Pensje w turystyce i hotelarstwie są jeszcze niższe bo panuje tu rynek pracodawcy. Jeżeli ty nie weźmiesz pracy znajdzie się kilka innych osób na twoje miejsce. Przynajmniej tak było do 2020 r. bo pandemia dużo zmieniła. Ale o niej będę pisał w kolejnym odcinku tej serii. 

Barcelona przyciąga też specjalistów z całego świata, na przykład z branży IT. Dostanie pracy w tym sektorze nie jest trudne ale sam znam przykłady ludzi, którzy na podobnych stanowiskach w Polsce zarabiają więcej niż w mieście Gaudiego. Kwestia priorytetów.  

Sam krótko po przeprowadzce miałem kilka rozmów o pracę ale szedłem na nie bez przekonania i bez motywacji. Trochę współpracowałem z moją byłą firmą z Cypru przy otwieraniu biura w Barcelonie ale na dłuższą metę nic z tego ciekawego nie wyszło. 

I dobrze. Być może kiedyś będę musiał wrócić na etat ale póki co staram się tego uniknąć.

zdjęcia, które słyszysz

Zawsze na wakacjach

Jak wspominałem już w poprzedniej części w pierwszym okresie po przyjeździe do Barcelony zdaliśmy sobie sprawę szukając potrzebnych informacji o życiu w mieście, transporcie czy atrakcjach, że ciągle musimy korzystać z informacji w innych językach bo nie ma ani jednego dobrego i aktualnego portalu o mieście po polsku. Postanowiliśmy więc stworzyć go sami. Marta zrobiła stronę WWW i zaczęliśmy pisać teksty. Tak powstał portal Zawsze na wakacjachktóry okazał się strzałem w dziesiątkę. Ale, jak to w życiu, nie od razu.

Przede wszystkim żadne z nas nie miało wcześniej doświadczenia w budowaniu takiego projektu. Minęły miesiące zanim zapełniliśmy blog tekstami i zdjęciami. Marta postawiła pierwszą stronę WWW, a później kolejną kiedy okazało się, że pierwsza ładuje się jak żółw bo jest źle napisana.

Równolegle działaliśmy na social media, zaczynaliśmy od mniej niż 300 fanów na Facebooku. Nasze posty lajkowała rodzina, znajomi i praktycznie nikt więcej. Setki razy zastanawialiśmy się, czy to co robimy ma sens. Może jednak ludzie nie chcą czytać kolejnego bloga o ciepłych krajach? Okazało się, że na nasze szczęście jednak chcą. Po prostu trochę to trwało zanim Zawsze na wakacjach się rozkręciło.

Przełomem był prosty mem, który wymyśliłem z nudów na lotnisku. W kilka dni przybyło nam kilkaset osób. Obecnie zbliżamy się do 15 tys. obserwujących na FB i 6 tys. na Insta. Wpadnijcie, zostaniecie na dłużej.

ZNW stawało się coraz bardziej popularne ale blog nadal nic nie zarabiał. Przełomem okazał się pomysł Marty, która wymyśliła kilka autorskich prywatnych wycieczek po Barcelonie dla turystów. Zaczęło się od jednej tygodniowo w marcu 2016 r. Po dosłownie dwóch miesiącach kiedy zaczął się sezon oprowadzaliśmy już obydwoje i praktycznie codziennie. 

Wyjazdy na mecze

Równolegle wraz z oprowadzaniem „cywili” zacząłem zajmować się też grupami meczowymi, które przylatywały z Polski żeby zobaczyć Barcę na żywo. Ile ich się przewinęło od tego czasu to dokładnie nawet sam nie wiem, ale na pewno kilkadziesiąt.

Żeby było śmieszniej mniej więcej wtedy właśnie poznaliśmy się z Michałem Gajdkiem, z którym obecnie nagrywam nasz podcast 9CAMPNOU. Popularny Gajdinho kończył właśnie Erasmusa i niedługo później wrócił do Warszawy ale przypadkiem udało nam się wtedy zrobić wspólnie jeden wywiad dla portalu Blaugrana.pl korzystając z okazji, że na miejscu był Krzysztof Stanowski.

Nigdy w życiu nie pomyślałbym wtedy, że kiedyś będziemy o Barçy rozmawiać co tydzień w regularnym podcaście, która ma stałych słuchaczy i którą odwiedzają pełnoetatowi dziennikarze. Ale jeżeli jest jedna rzecz, której się nauczyłem przez te ostatnie lata to jest nią to, że w życiu wszystko się może zdarzyć. Serio, serio. Nie wierzysz? To posłuchaj, skąd się w ogóle wzięło Zawsze na wakacjach.

„Będę robił koszulki”

Z Costa del Maresme przenieśmy się 12 lat wstecz do Łodzi. Jest rok 2009, ja mam 23 lata i mniej więcej tyle samo złotówek na koncie. Studiuję prawo, którego nienawidzę i chociaż moja rodzina jeszcze tego nie wie to ja już mam pewność, że nie skończę tych studiów. Zamiast na aulę na wykłady chodzę do Empiku i czytam książki o biznesie, marketingu albo po prostu biografie ludzi, którzy coś osiągnęli.

Zapchałem sobie więc głowę pierdołami o żabach i w końcu postanowiłem – eureka! – robić koszulki z oryginalnymi dizajnami. Oryginalne, prawda? Dosłownie nikt na świecie wcześniej na to nie wpadł.

Nie muszę chyba mówić, że biznes nie wypalił. Wszystkie pieniądze, które zorganizowałem poszły na grafiki i produkcję pierwszej partii kilkudziesięciu koszulek z takim oto wzorem:

Gdyby mój plan się powiódł ta oryginalnie zafoliowana jeszcze koszulka być może teraz byłaby wiele warta. A tak? Po prostu przypomina skąd się wzięło Zawsze na wakacjach. Bo skąd mogłem wtedy wiedzieć, że z napisu na t-shircie w Polsce zrobi się dekadę później turystyczny blog na drugim końcu Europy?

Tych lekcji wyciągniętych z porażki ZNW było zresztą więcej i chociaż ten niewypał przypłaciłem długim epizodem depresyjnym to z perspektywy czasu uważam go za jeden z najważniejszych momentów życia. Gdzieś pomiędzy zarobieniem małej fortuny na foreksie, a selfie z Martinem Braithwaitem.

Ale wróćmy już do głównego wątku. Starczy tych retrospekcji.

Viva la vida

Mieszkam więc nad Morzem Śródziemnym w apartamencie z widokiem na morze. Nie zarabiam milionów ale nie mam też kredytów i szefa nad głową. Na co dzień pracuję z rewelacyjnymi ludźmi oprowadzając ich po najfajniejszym mieście Europy, a w weekendy oglądam Boga Futbolu na Camp Nou. Brzmi jak bajka, co?

Do końca życia będę miał niesamowity sentyment do tamtych czasów. Miałem swoje problemy, jak każdy. Na przykład kiedy rozwaliłem sobie obie kostki i nie dotarłem przez to na mistrzowską fiestę na Camp Nou. Raz prawie zbankrutowałem przez kolejny głupi pomysł na biznes. Ukradli mi dwa rowery spod domu. A propos kradzieży to po jednej z imprez wracałem w takim stanie, że pożegnano mnie z nowym iPhonem (od tej pory nie piję). Poznałem kilku idiotów za dużo, jeden nawet groził mi wjazdem na chatę (czekam do tej pory, może wyślę mu nowy adres).

tak spędziłem miesiąc uziemienia w domu

Ale koniec końców przysięgam, że jeżeli do końca życia będę miał tylko takie problemy to umrę szczęśliwy i spełniony.

9CAMPNOU

25 tys. znaków za nami, a ja nadal nie wspomniałem skąd się wziął blog, na którym jesteś. To nie przypadek. 9CAMPNOU jest stosunkowo młode, założyłem je w listopadzie 2019 r. Wcześniej FC Barcelona była po prostu częścią bloga Zawsze na wakacjach. Napisałem tam kilka tekstów pod turystów wybierających się na pielgrzymkę na Camp Nou, a bieżące treści wrzucaliśmy na social media.

Do pewnego momentu to wystarczało ale w końcu Marta powiedziała STOP. „To jest blog o mieście, a nie o piłce nożnej. Załóż sobie swojego i wrzucaj sobie tam memy z Valverde”. Jak widzicie, nie miałem wyboru. Bo bardzo lubiłem te memy.

Zaczynałem mając tak naprawdę tylko nazwę, której historii wcześniej chyba nie wyjaśniałem. „Nou” to po katalońsku zarówno „dziewięć”, jak i „nowy”. A ponieważ nasz nowy stadion po przebudowie miał się nazywać Nou Camp Nou* to nazwa nasunęła się sama. Tym bardziej, że chodziło mi o coś prostego i łatwego do zapamiętania. Fakt, że sam zawsze grałem na dziewiątce tylko utwierdził mnie w tym pomyśle.

Zaczęło się od facebooka, gdzie wrzuciłem bramkę Messiego z wolnego z Celtą. Okazało się, że przez lata nazbierała mi się masa materiałów z różnych meczów i nareszcie mam gdzie to wszystko publikować. A ponieważ jestem kreatywny, lubię wymyślać nowe rzeczy i nie cierpię nudy to później już poszło – insta, youtube, WWW, podcast

9CAMPNOU to mój ukochany projekt i często spędzam nad nim więcej czasu niż nad faktycznym zarabianiem kasy, co niesie ze sobą pewne niedogodności i kompletny brak wolnego czasu. Ale nie narzekam i mam tylko nadzieję, że będę to mógł robić jak najdłużej.

Wracamy do Barcelony

Z biegiem czasu Maresme zaczęło nas trochę ograniczać. Obydwoje oprowadzaliśmy wycieczki po Barcelonie, wszyscy nasi znajomi mieszkali w centrum i wpadali do nas tylko w niektóre weekendy. Ja coraz częściej bywałem na Camp Nou także poza dniami meczowymi i ten dystans nas zabijał. Zaczęliśmy też zwyczajnie tęsknić za normalnym życiem w mieście, sklepami, kinami i posiadaniem luksusu wyboru więcej niż jednej knajpy pod domem.

Na początku 2020 r. podjęliśmy decyzję o przeprowadzce z powrotem do cywilizacji. Zaczęliśmy niespiesznie oglądać mieszkania, ja zdążyłem jeszcze na koniec lutego polecieć do Neapolu na Ligę Mistrzów. Tam ze zdziwieniem patrzyłem na ludzi chodzących w maseczkach po ulicach, w metrze, odwiedziłem pustawy Rzym…

Kiedy wróciłem w Hiszpanii zaczynała się pierwsza fala COVID-19. Nie było już czasu na wybrzydzanie, wzięliśmy pierwsze mieszkanie, które nam podeszło i zaczęliśmy się przeprowadzać. I tak ze wszystkich ulic w Barcelonie wylądowaliśmy, zupełnie tego nie planując, na Avinguda Madrid, dwie przecznice od Camp Nou.

Przeprowadziliśmy się w piątek 13. marca 2020. A dzień później zaczął się lockdown i skończyło się życie, które znaliśmy do tej pory.

O roku w pandemii pod Camp Nou napiszę wam w kolejnej, ostatniej już części cyklu. Już teraz zapraszam.
_____________________

* gdzieś po drodze zmieniono tę nazwę na Futur Camp Nou. Po co, dlaczego? Nie wiadomo.

Jeżeli podobał ci się ten tekst rozważ wsparcie naszego bloga:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »