Alfabet Sandromeu, czyli dekada wstydu

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

1. lipca 2010 roku. Prezydentem FC Barcelony zostaje wybrany Sandro Rosell.
27. października 2020 roku. Josep Maria Bartomeu zostaje zmuszony do ogłoszenia dymisji.
Rządy tandemu Sandromeu trzeba rozpatrywać jako jedną całość. Przedstawiamy Wam bilans dekady rządów obu panów w formie alfabetu. Nie każcie nam wybierać, który z nich był bardziej szkodliwy, kolektywnie na pewno są najgorszym prezydentem w historii naszego Klubu.

A jak Abidal, Eric. Piłkarz-legenda FC Barcelony, wszyscy pamiętamy historię jego powrotu na boisko po wygranej walce z nowotworem. Pamiętamy również niestety pożegnalną konferencję prasową Francuza, podczas której ledwo powstrzymywał łzy. Powód? Mimo wcześniejszych zapewnień o tym, że jeżeli tylko wróci do gry to w klubie znajdzie się dla niego miejsce, nie przedłużono mu wygasającego kontraktu – pomocną dłoń wyciągnęło AS Monaco. Parę lat później Abidal wrócił do klubu w innej roli, czyli dyrektora sportowego – przez sympatię dla niego przemilczymy jego dokonania na tym stanowisku. Tak czy owak, pożegnanie znów było delikatnie mówiąc nieeleganckie: najpierw został wyznaczony do zwolnienia Quique Setiena, a dzień później sam otrzymał wypowiedzenie. 

B jak budżet. Bartomeu lubił podkreślać, że Barcelona to pierwszy klub, który przekroczył miliard euro przychodów. Co z tego jednak, skoro w ślad za tym piramidalnie rosły też wydatki Klubu, m. in. na pensje (zdecydowanie najwyższe w całym świecie piłki nożnej), czy też na nietrafione transfery, głównie tridente Dembele-Coutinho-Griezmann (zob. Triplete y tridente). A kiedy pandemia COVID-19 powiedziała „sprawdzam” okazało się, że król jest nagi, a Klub nie ma pieniędzy na pensje ani dla piłkarzy, ani dla pracowników. Żeby, cytując Messiego „załatać dziury”, trzeba było wykazywać się księgową kreatywnością (wymiany Cillessen-Neto oraz Arthur-Pjanic), prosić piłkarzy o zrzeczenie się części honorariów, a i tak koniec końców Barcelonie ma grozić inne słowo na literę B: bankructwo. O tym temacie na pewno jeszcze będziemy pisać i rozmawiać w podcaście, bo dopiero po zmianie prezydenta dowiemy się jak zły tak naprawdę jest stan finansów Klubu – ale już teraz wiemy, że jeżeli Bartomeu rzeczywiście zbudował finansowego kolosa, to co najwyżej takiego na glinianych nogach.

C jak Cruyff, Johan. W marcu 2010 roku Joan Laporta uczcił wielkiego Holendra tytułem honorowego prezydenta FC Barcelony. Ledwo parę miesięcy później, po zmianie władzy, Cruyff przestał być posiadaczem tego tytułu. Czemu? Cóż najpierw odpowiedzmy na inne pytanie – zostajesz prezydentem Barçy: co robisz jako jeden z pierwszych ruchów? Układasz budżet? Kompletujesz skład i planujesz transfery? Ustalasz wizję marketingową na przyszłość? Nic z tych rzeczy. Dla Sandro Rosella najpilniejsze było właśnie to, aby pozbyć się honorowego prezydenta. Zajęło mu to całe 10 dni po objęciu władzy – powodem było to, że takiego stanowiska formalnie nie przewidziano w klubowym statucie. Oficjalnie Cruyff zrezygnował sam, osobiście odnosząc do biur na Camp Nou przyznane mu insygnia, co można tylko podsumować w ten sposób – pewni ludzie w środowisku Barcelony mają swój honor. Inni niestety nie.

Ojciec (Cruyff), Syn (Guardiola) i Duch Święty (Messi). Źródło: Twitter.

D jak Dani Alves. Dla nas roztańczony Brazylijczyk to legenda Barçy i jeden z najlepszych obrońców w historii piłki nożnej. Jednak dla Bartomeu był to po prostu kolejny zasłużony gracz, którym można było się wysłużyć. Najpierw tuż przed wyborami w 2015 roku przedłużono z nim kontrakt, a gdy przestał już pełnić rolę kiełbasy wyborczej, bezceremonialnie wypchnięto go z klubu zaledwie rok później. Nie było nam łatwo patrzeć, jak Dani biega po Camp Nou wprawdzie w pasiastej, ale już czarno-białej koszulce – zwłaszcza gdy jego następcą został Nelson Semedo (ha, naszego ulubieńca się tu nie spodziewaliście, prawda?). Później zaś Brazylijczyk stał się jednym z krytyków prezydenta, wprost publicznie zarzucając mu kłamstwa (zresztą nie jako jedyny – zob. Messi).

E jak Espai Barça. Jeden z flagowych pomysłów Bartomeu. Ogłoszony z wielką pompą projekt przebudowy nie tylko stadionu, ale też okolicznych obiektów miał wprowadzić Klub w XXI wiek. Socios zaakceptowali w zorganizowanym w 2014 roku referendum projekt Nou Camp Nou (z jakichś przyczyn przemianowany później na Futur Camp Nou – ale nazwa naszego bloga, jak widzicie, została) i… właściwie tyle. Z całego przedsięwzięcia udało się przez całą kadencję Bartomeu zbudować raptem jeden mały element – sześciotysięczny Estadi Johan Cruyff (o ironio – zob. Cruyff), na którym grają Barça B oraz Femeni. Mini Estadi zostało zburzone i straszy niesprzątniętym od roku gruzem, nowego Palau jak nie było, tak nie ma, a na Camp Nou nadal deszczówka płynie strumieniem na głowy kibiców, gdy tylko pada deszcz. Zgodnie z zapowiedziami z 2014 roku prace powinny być już na finiszu, a tymczasem nawet jeszcze ich nie zaczęto – istotnie wzrosły za to… planowane koszty (zob. Goldman Sachs).

Źródło: FC Barcelona

F jak Fundació Barça. W trakcie pandemii w porywie szlachetności poinformowano, że Klub przekaże prawa do nazwy Camp Nou fundacji FC Barcelona. Ta z kolei będzie mogła je sprzedać sponsorowi, a wygenerowany zysk w szacowanej wysokości ok. 20 mln EUR przekaże na walkę z koronawirusem – pisaliśmy o tym TUTAJ. No cóż, temat chyba jednak umarł, bo nigdy więcej już go nie poruszono. A do nazwy stadionu są już inne plany (zob. Goldman Sachs). Robienie pustego PRu na pandemii? Ależ owszem, czemu nie.

G jak Goldman Sachs – znacie takie banki, które dają przeszło 700 mln euro na piękne oczy, bez żadnych gwarancji? Nie? A Bartomeu zna. I takim bankiem według jego słów ma być inwestycyjny moloch Goldman Sachs, z którego pieniędzy miałoby być zbudowane Espai Barça. Gdy ogłaszano je w 2014 roku, cała inwestycja miała kosztować 600 mln euro: 200 mln miał wyłożyć klub z własnych środków, kolejne 200 mln miał zapewnić tytularny sponsor nowego Camp Nou, zaś ostatnie 200 mln miano pozyskać z banku. Założenia umowy z Goldman Sachs były już jednak zgoła inne: stadion będzie kosztować 725 mln euro i w całości zostanie opłacony z kredytu – doliczając wszelkie prowizje i opłaty Barcelona będzie musiała spłacić 1,25 mld euro. Tzn musiałaby, bo na szczęście ta umowa wymaga zgody socios wyrażonej w referendum, która w obecnej sytuacji nie jest zbyt prawdopodobna (zob. Budżet). Spekuluje się jednak, że prawdopodobnie pewna część środków została już przekazana na budowę horrendalnie drogiego stadionu w Sant Joan Despi oraz wyburzenie Mini Estadi (zob. Espai Barça) bez zapytania socios o zgodę. Tego jednak dowiemy się na pewno dopiero po audycie zleconym przez nowy Zarząd.

H jak herb Klubu. Kolejny „chłyt marketingowy” Bartomeu zakładał zmianę klubowego herbu. Ten obecny ma ledwo 18 lat, ale zmiany dokonane w 2002 roku były naprawdę kosmetyczne – mówimy więc o prawdziwej tradycji. W zamian nasi rządzący zaproponowali prawdziwy korporacyjny koszmarek. Na szczęście klubowy herb strzeżony jest statutem klubu (choć mamy co do tego wątpliwości patrząc jak swobodnie poczyna sobie Nike z jego kolorystyką), a więc jego zmiana wymagała modyfikacji statutu. A na to nie zgodzili się socios – i to zresztą był ostatni raz, gdy Bartomeu spytał ich o zdanie w jakimkolwiek temacie.

Źródło: FC Barcelona

I jak I3 Ventures. Jeżeli nic Wam to hasło nie mówi, to podpowiemy – Barçagate (a właściwie Bartogate). I3 Ventures to firma zajmująca się podejrzanym marketingiem internetowym, którą Bartomeu opłacił z pieniędzy Klubu, a która poprzez farmy trolli na Facebooku czy Twitterze miała atakować niewygodnych rywali politycznych, klubowe legendy lub nawet aktualnych piłkarzy i ich rodziny (np. Antonellę Messi). Przy okazji w gratisie przygotowali też dogłębną analizę wizerunku JMB w mediach społecznościowych – tak, za to też zapłacił klub (tłumaczenie było proste – przecież prezydent to funkcja reprezentacyjna!). Jak się domyślacie, wyniki ankiety nie były zbyt pochlebne dla prezydenta, co jednak mógł mu powiedzieć jakikolwiek nastolatek z dostępem do Twittera.

Po wybuchu afery zarząd zdecydowanie odciął się od jakiejkolwiek wiedzy na temat niecnych praktyk I3 i zakończył z nią współpracę, a zamówiony, niezależny audyt nie wykazał – spore zaskoczenie – żadnych uchybień. Niestety jako socios widzieliśmy tylko tę konkluzję, a nie cały dokument. Może dlatego innego zdania w tej sprawie jest katalońska policja Mossos D’Esquadra, która obecnie prowadzi śledztwo, które zresztą zarząd Bartomeu torpedował, odmawiając przekazania żądanej dokumentacji. Według La Vanguardia chodziło o kwotę 1 miliona euro podzieloną na kilka faktur, co jest ceną monstrualnie wysoką jak na tego typu usługę (chyba że czyta to pan Bartomeu i chciałby ją zlecić nam – wtedy kwota jest jak najbardziej odpowiednia, wręcz śmiesznie mała!)

J jak Jr, Neymar. Mała ekwilibrystyka słowna, ale to dlatego, że nie mogliśmy sobie odpuścić innego hasła na literę N – sami zobaczycie. Neymara jednak nie mogło tu zabraknąć, bo można wręcz powiedzieć, że jest to piłkarz, który najbardziej zdefiniował kadencję Sandromeu. Zaczęło się sprzątnięcia go sprzed nosa Florentino Perezowi, co zawsze jest w Katalonii doceniane. Szybko jednak okazało się, że wcale nie kosztował on tyle, ile miał kosztować, a zaniżanie wartości transferu, choć miało pokazywać sprawność negocjacyjną zarządu, to jednak nie spodobało się hiszpańskiemu Urzędowi Skarbowemu (zob. Uniewinnienie). To również ze względu na ciemne aspekty tego transferu Sandro Rosell wylądował na dwa lata w areszcie tymczasowym – no i właśnie to wydarzenie spowodowało przejęcie pałeczki przez Bartomeu. Na boisku było jednak świetnie i wydawało się, że mamy długoletniego partnera, a później następcę Messiego. Niestety, ktoś nie dopilnował, żeby obwarować kontrakt Brazylijczyka odpowiednio wysoką klauzulą wykupu. Zirytowane próbami ciągłego podkupowania ich piłkarzy PSG wyłożyło więc wymagane 222 mln euro i oferując samemu Neymarowi dwa razy wyższą pensję skłoniło pazernego piłkarza do przenosin do stolicy Francji. Od tego momentu rozpoczęły się też rozpaczliwe ruchy transferowe (zob. Budżet). Sam Neymar zaś dołączył do grona aktywnych krytyków Bartomeu, okreslając go mianem „żartu”.

Źródło: AS

K jak Katar. Joan Laporta zostawiał klub, którego piłkarze nosili na piersi logo Unicef – FC Barcelona nie tylko nie dostawała za to ani euro, ale sama płaciła za taką możliwość. Idea Més Que Un Club w czystej postaci. Ledwo pół roku po przejęciu władzy przez Sandro Rosella, socios otrzymali do akceptacji propozycję zamiany Unicefu na inną fundację – tym razem powiązaną z szejkami z Kataru. Wówczas argumentowano, że w dalszym ciągu chodzi o organizację dobroczynną, w związku z czym aspekt moralny pozostaje nienaruszony. Maski jednak szybko opadły – Qatar Foundation już po dwóch sezonach zostało zastąpione liniami lotniczymi Qatar Airways. I jasne, nie jesteśmy aż tacy naiwni – wiemy, że już pojawienie się na koszulkach Unicefu miało na celu przyzwyczajenie kibiców do faktu, że koszulki nie są już wolne od jakichkolwiek reklam i przygotowanie gruntu na wprowadzenie komercyjnego sponsora, jak we wszystkich innych klubach piłkarskich. Ale czy naprawdę musieli to być Katarczycy? Z „więcej niż Klubu” staliśmy się „klubem, który jest sponsorowany przez niedemokratyczny reżim, w którym łamane są prawa człowieka”. No ale przecież miliard euro przychodów (zob. Budżet)! Aha, później z Katarczykami się nie dogadano i przez krótki czas koszulki znów były czyste, a sytuację uratował dopiero Gerard Pique podsuwając Bartomeu pod nos sponsora, japońską firmę Rakuten. Czy aby na pewno musiał się tym zajmować właśnie piłkarz?

L jak La Masia. Jeszcze w 2009 roku polscy kibice Barcelony jeździli na mecze z transparentem, który zrobił prawdziwą furorę w Hiszpanii: „Real compra, Barça cria” (Real kupuje, Barca wychowuje).  Raptem kilka lat zajęło Sandromeu rozmontowanie filozofii budowania Klubu na wychowankach. Postawili oni na strategię wręcz odwrotną: ¡Más cartera, menos cantera! (portfel, nie szkółka). I tym sposobem z zespołu, który mógł się poszczycić nawet wystawieniem składu złożonego z 11 absolwentów La Masii staliśmy się klubem, gdzie młodych graczy wypycha się na niekończące wypożyczenia albo oddaje za paczkę fajek. Tak naprawdę jedynym wychowankiem, który na stałe przebił się do składu za kadencji Sandromeu jest Sergi „wszędzie zagram średnio” Roberto. Za to znalazło się w Barcelonie miejsce dla licznych Brazylijczyków, sprowadzanych w podejrzanych okolicznościach i to nawet nie do pierwszej drużyny, a do Barçy B. I może na tym skończmy ten temat – trochę więcej o nim na konkretnym przykładzie (zob. Yeti).

Źródło: własne

M jak Messi, Lionel. O ile nie mieszkaliście na bezludnej wyspie przez ostatnie pół roku to doskonale wiecie, że najlepszy gracz w historii FC Barcelony piłki nożnej chciał w sierpniu odejść z Klubu, co zresztą spowodowało rozpoczęcie procedury wotum nieufności (zob. Wotum nieufności). A kiedy po kilkutygodniowych przepychankach został zmuszony do pozostania na Camp Nou, udzielił miażdżącego dla Bartomeu wywiadu dla serwisu Goal.com, który okazał się gwoździem do trumny prezydenta-nieudacznika. W skrócie: oskarżył go o niekompetencję oraz kłamstwo. Co na to sam zainteresowany? Stwierdził, że nie będzie dyskutował publicznie z kapitanem zespołu. No cóż, mamy swoje podejrzenia dlaczego.

tu możecie obejrzeć cały wywiad

N jak Nobita. Jest taka japońska kreskówka Doraemon. A w niej postać Nobity – za wikipedią „na testach dostaje najgorsze oceny, jest zastraszany i odczuwa negatywne emocje”. Wiecie, taka szkolna oferma. Dlaczego o nim tutaj piszemy? Spójrzcie sami – czy kogoś Wam czasem wizualnie nie przypomina?

Źródło: wikipedia

Wykapany Josep Maria Bartomeu. A przynajmniej takie skojarzenia miało bardzo dużo ludzi. Jeszcze w 2016 roku Bartomeu obracał sprawę w żart mówiąc dziennikowi AS: „Nie przeszkadza mi, że mnie tak nazywają. Zgaduję, że to dlatego, że trochę jestem do niego podobny fizycznie. Albo to dlatego, że w Barcelonie mamy Doraemona [to z kolei tytułowy bohater wyciągający Nobitę z opałów], tzn. Messiego, który jest w stanie znaleźć rozwiązania wszystkich naszych trudnych sytuacji. A jeżeli jest Doraemon, to musi być też Nobita”. Ale gdy hiszpański youtuber AuronPlay po odejściu Neymara opublikował film: „Nobita, idziemy po ciebie” to później zadzwoniła do niego policja, powiadamiając go o złożonym przez Bartomeu doniesieniu. Cóż, szybko przestał się znać na żartach.

O jak opóźnienia. W każdej sferze – od tej najbardziej poważnej, instytucjonalnej (zob. Espai Barça) po tak drobne, ale denerwujące rzeczy jak brak punktualności. Nawet ogłaszając swoją dymisję Bartomeu spóźnił się na zaplanowaną konferencję prasową. Nas jednak bardziej bolało co innego – proces zwrotu biletów za odwołane przez pandemię mecze. Podczas gdy wszystkie inne kluby w Europie uwinęły się z tym w przeciągu kilku tygodni FC Barcelona zamroziła nasze pieniądze na długie miesiące tłumacząc, że mecze nie są odwołane, tylko przełożone. Kiedy w końcu zaczęto realizować zwroty, przychodziły na różne kwoty lub partiami i bez żadnej informacji za jaki mecz jest dany zwrot. O część zwrotów musieliśmy się upominać mailowo i cały proces trwał około pół roku. Całą sagę opisaliśmy TUTAJ. No cóż, teraz wszystko jest jasne, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak dramatyczna jest sytuacja finansowa Klubu (zob. Budżet).

P jak Pep Guardiola. Kolejna z wielkich legend Barçy, która odeszła z klubu właśnie podczas rządów tandemu Sandromeu. Jaka była relacja obu panów? Cóż, oddajmy głos samemu zainteresowanemu: „Odchodząc z Barcelony, prosiłem Rosella tylko o jedną rzecz – aby żyjąc 6000 kilometrów dalej zostawił mnie w spokoju. Nie posłuchał mojej prośby. Używanie choroby Tito Vilanovy do tego, aby mnie zaatakować, jest czymś okropnym, w bardzo złym guście”. Jasne, nie twierdzimy, że gdyby nie Sandro Rosell, to Pep do dziś byłby trenerem Barcelony, ale ewidentnie coś musiało pójść nie tak, skoro poczuł się wypalony ledwo parę miesięcy po zdobyciu drugiej LM w trzy sezony. A najlepszym dowodem na to będzie, jeżeli jednak wróci, niezależnie w jakiej roli – ale już po zakończeniu rządów Bartomeu.

R jak Rosell, Sandro. Po tylu hasłach wiecie już, że jest on w sumie współbohaterem tego tekstu. Ale zasługuje na odrębną literę – to po nim Bartomeu przejął stanowisko i to z nim zjadł ostatni posiłek jako prezydent Barcelony. Wspomniał o nim nawet na pożegnalnej konferencji prasowej, mówiąc o „niedowierzaniu niesprawiedliwym uwięzieniem Sandro Rosella”. Panowie zresztą zawsze wzajemnie się wspierali – podobno w loży prezydenckiej na Camp Nou pojawiał się ksiądz, którego Rosell poznał w areszcie tymczasowym, a jeszcze w lipcu Sandro mówił, że „w pełni wspieram Bartomeu, ataki na jego osobę są niezasłużone i pochodzą od osób, które chcą jego porażki”. Wzruszająca, męska przyjaźń. Choć my raczej powiemy, że panowie są siebie warci.

Tłumaczenie: „Del Nido, ja wybieram tę celę”. José María del Nido to były prezes Sevilli, który równiez miał problemy z prawem i wylądował w więzieniu.

S jak Superliga. Na pożegnalnej konferencji Bartomeu zrzucił prawdziwą bombę, ogłaszając, że jedną z ostatnich rzeczy, które zrobił jako prezydent Barcelony było zaakceptowanie warunków tych rozgrywek. Póki co nie wiemy nic więcej, ale już samo pospieszne załatwianie tak poważnych spraw na sam koniec rządów jest bardzo podejrzane. Oddajmy głos Javierowi Tebasowi, prezesowi La Liga: „Barcelona miała własny głos, gdy rozmawiała z ligą, UEFA czy FIFA. Jednak od trzech lat powtarza tylko to, co mówi Real Madryt. Bartomeu był rzecznikiem Péreza, prawdziwego masterminda tego pomysłu. Bartomeu ma zerowy autorytet w świecie piłki”. Auć.

T jak triplete y tridente. Z takim hasłem na sztandarach Bartomeu szedł do wyborów w 2015 roku. W końcu drużyna dopiero co wygrała triplete, a więc trzy puchary uwieńczone Ligą Mistrzów w Berlinie, a wydatnie przyczyniło się do tego tridente Messi, Suarez, Neymar. Niestety, za kadencji Bartomeu jedyne triplete jakie zaliczyliśmy to triplete kompromitacji w Lidze Mistrzów (Rzym, Liverpool i Lizbona), a z tridente w klubie pozostaje tylko Messi (i to tylko dlatego, że został do tego zmuszony). Można też dorzucić do tego tridente ponad stumilionowych transferów, z których żaden póki co nie spełnia pokładanych nadziei – Dembele, Coutinho i Griezmann. Nie do końca o to nam chodziło.

U jak uniewinnienie. Jak już wiecie, transfer Neymara ostatecznie przyniósł duetowi Sandromeu same problemy (zob. Jr, Neymar). Między innymi panowie zostali oskarżeni o przestępstwa podatkowe związane z operacją jego zakupu w latach 2011 i 2013. Prokuratura żądała dla obu kary więzienia (dla Bartomeu 2 lat i 3 miesięcy, a dla Rosella 7 lat), ale zdecydowała się wycofać oskarżenie. Dlaczego? Ano dlatego, że Bartomeu się z nimi dogadał – w zamian zaakceptował skazanie za przestępstwa podatkowe… klubu. Tak, tak, kupił własną wolność za klubowe pieniądze, a konkretnie za 5.5 miliona euro grzywny, które musiała zapłacić FC Barcelona. I przez to klub jako organizacja w świetle hiszpańskiego prawa jest przestępcą podatkowym. A Bartomeu oraz Rosell są niewinni. Dzięki, Sandromeu!

V jak Valverde, Ernesto. Wiemy, że nie ma takiej litery w polskim alfabecie, ale nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o poczciwym i trochę już zapomnianym Ernesto. Jego relacja z Bartomeu była bardzo dziwna – mógł liczyć na obronę zarówno po kompromitacji w Rzymie, jak i po tej w Liverpoolu (choć na pożegnalnej konferencji Bartomeu przyznał, że żałuje nieprzeprowadzenia rewolucji w drużynie właśnie w lato 2019). Został natomiast zwolniony w styczniu 2020 roku po przegranej z Atletico Madryt w Superpucharze Hiszpanii, czyli paradoksalnie po chyba najlepszym meczu Barcelony w tamtym sezonie. Znacie nas – fanami Ernesta nigdy nie byliśmy, ale klubowi włodarze powinni kierować się racjonalnością, a nie wyrzucać trenera akurat po nikłej porażce w mało ważnym meczu na drugim końcu świata. No cóż.

W jak wotum nieufności. Jeszcze w 2017 roku się nie udało – Agustí Benedito zebrał 12.504 podpisów, a potrzebował 16.570, żeby wniosek został poddany pod referendum. Jednak już wtedy Bartomeu rzucał organizatorom kłody pod nogi: statut klubu nie precyzował co należy rozumieć pod pojęciem dni roboczych, które wyznaczają termin na zbieranie podpisów, a więc zarząd uznał, że powinny liczyć się również soboty, efektywnie skracając czas trwania procedury. Benedito poddał się i zniszczył zebrane podpisy, zaskarżając jednak decyzję zarządu do sądu powszechnego, który wypowiedział się tak: „decyzja zarządu FC Barcelony była zupełnie dyskrecjonalna i podjęta w celu zmniejszenia szans na powodzenie wotum nieufności” – niestety, było już za późno. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze i w 2020 roku żadne wybiegi nie pomogły: ani oskarżenia o pięciu tysiącach fałszywych podpisów, ani donos do Guardia Civil, ani błagalne pisma do katalońskiego rządu, aby powstrzymać referendum. Bartomeu musiał ugiąć się przed wolą socios i podać do dymisji.

X jak Xavi Hernandez. Zbyt wielu słów w języku polskim na tę literę nie mamy, ale jak mawiał klasyk – „spokojnie”. Były kapitan został poproszony przez Bartomeu o powrót do klubu w roli trenera w styczniu 2020 roku, ale odmówił. Powód? Cóż, skoro Xavi od paru lat jest wiązany z potencjalnym następcą Bartomeu, Victorem Fontem, to nie jest trudno się domyślić. Co ciekawe, po fiasku rozmów, Bartomeu rzucił na pożarcie mediom Erika Abidala (nie po raz ostatni – zob. Abidal, Eric), który stwierdził, że… Xavi wcale nie dostał konkretnej oferty objęcia trenerskiej posady, a panowie tylko niezobowiązująco rozmawiali. Trochę to przypomina nieudane zaloty w gimnazjum: „dobrze, że mnie nie chcesz, bo ja i tak wcale cię nie chciałem”. 

Y jak Yeti. Tutaj słowotwórstwo jest jeszcze bardziej karkołomne, ale nie na darmo graliśmy trochę za dzieciaka w państwa-miasta. Wszyscy wiecie jaki jest problem z Yetim – niby istnieje, ale nikt go nigdy nie widział. I w Barcelonie też taką istotę mamy, a jest nią niejaki Matheus Fernandes, czyli najświeższy (i na szczeście – ostatni) reprezentant brazylijskiego zaciągu Bartomeu (zob. La Masia). Został sprowadzony do klubu w zimę 2020 roku za 7 mln euro i natychmiast wypożyczony do Valladolid. Powiedzieć, że nie zrobił tam furory byłoby niedopowiedzeniem – na boisku był przez całe… 166 minut. W lato po cichutku wrócił do Barcelony, na tyle cichutko, że nawet nie został zaprezentowany. Od tego momentu, mimo że otrzymał nr pierwszego zespołu (przejął 19 po naszym duńskim dynamicie) ani razu nie znalazł się w 25-osobowej kadrze meczowej. Nikt go jeszcze nie widział w koszulce meczowej Barcelony i pewnie nie zobaczy. Siedem milionów euro to niby nie majątek, ale Jacek Sasin mógłby za to zorganizować wybory, które się nie odbędą gdzieś w 40% Polski.

Z jak zakaz transferowy. Mało kto już chyba o tym pamięta, ale tandem Sandromeu wpakował klub i na tę minę (i nie mówimy o Yerrym Minie, który był kandydatem do zajęcia literki wyżej – ale to przesympatyczny facet, więc mu odpuściliśmy).  O co poszło? O nieprawidłowości w sprowadzaniu zagranicznych młodzików do La Masii. Różnie można oceniać przepisy FIFA w tym zakresie, ale fakt jest taki, że skoro istniały, to należało ich przestrzegać. A jeżeli mleko już się rozlało, to mówiąc wprost – są pewne kluby, które gniew FIFA w stanie zmitygować na poziomie personalnym. Tutaj tego ewidentnie zabrakło, być może przez powszechną opinię na temat Bartomeu w futbolowym świecie (zob. Superliga). 

Jeżeli podobał Ci się ten wpis wesprzyj nas żebyśmy mogli się rozwijać. Dziękujemy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »