Marc Duch: następnym prezesem Barçy będzie Font albo Laporta [WYWIAD]

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

Wczoraj mieliśmy okazję przeprowadzić wywiad z rzecznikiem wotum nieufności. Z Markiem Duchem (Mes que una moció, Manifest Blaugrana) porozmawialiśmy o kulisach odwołania Bartomeu, współpracy z kandydatami na prezesa FC Barcelona, Victorze Foncie i Joanie Laporcie i wreszcie o tym kto jego zdaniem zostanie następnym presidente i dlaczego to dobra wiadomość dla barcelonismo. Rozmawiamy po angielsku ale poniżej macie transkrypcję całego wywiadu.

A jeżeli wolicie posłuchać sobie wywiadu w formie podcastu to również jak zwykle jesteśmy też na Apple PodcastSpotifyGoogle Podcast i Soundcloud! Po zapisaniu się nigdy już nie przegapisz nowego odcinka. Zapraszamy!

Adrian Białkowski: Dziś z nami Marc Duch, rzecznik wotum nieufności przeciwko prezydentowi Bartomeu. Zacznijmy od początku – Marc, powiedz nam, jak to wszystko się zaczęło. Zostałeś rzecznikiem wotum nieufności, ale oczywiście, żeby był rzecznik wotum, to najpierw musi ruszyć wotum. Jeżeli się nie mylę, to 26. sierpnia Jordi Farre rozpoczął tę akcję formalnie. Skonsultował się wcześniej z wami, organizacjami opozycyjnymi? Czy po prostu zadziałał na własną rękę?

Marc Duch: On poszedł swoją drogą, nie konsultował się z nikim. Moje osobiste wrażenie, i jest ono dzielone przez wielu współtowarzyszy w tej przygodzie, jest takie, że po prostu dostrzegł okazję. Doskonale wiedział, że my mieliśmy zamiar rozpocząć procedurę wotum i może pomyślał: „okej, to jest moja szansa. Jestem szybszy, więc rozpocznę procedurę, a potem oni wykonają dla mnie pracę”. Na koniec dnia pokazaliśmy, że to my mieliśmy narzędzia, żeby to wszystko przeprowadzić – spotkaliśmy się z nim i powiedzieliśmy „okej, ty jesteś formalnie człowiekiem, który to rozpoczął, nie mamy z tym problemu, ale my wykonamy naszą pracę, bo mamy narzędzia, żeby to zrobić. Nie pracujemy dla nikogo, pracujemy tylko dla dobra FC Barcelony”. I wydawało się, że on zaakceptował ten pomysł, ale później okazało się, że miał pewne, nazwijmy to „ciemne intencje”. Szczerze mówiąc, niezbyt przyjemna sytuacja i niezbyt przyjemny towarzysz podróży. 

AB: Wiemy, że na przykład w trakcie procedury nagle zaczął szerzyć informacje, że możliwe jest głosowanie elektroniczne…

MD: Dokładnie, zaczął to rozpowszechniać ledwo na kilka dni przed końcem zbierania podpisów, co było trochę dziwne i szczerze mówiąc trochę głupie. Jeżeli jesteś w środku procedury nie możesz zacząć szerzyć plotek wprowadzających ludzi w błąd, że będą mogli zagłosować elektronicznie, gdy niestety nie była to prawda. Oczywiście, fantastycznie byłoby powiedzieć ludziom, że mogą to zrobić, ale niestety po prostu tak nie było. I nie mogliśmy tego rozpowszechniać, bo być może w tym scenariuszu część ludzi powiedziałaby: „okej, nie idę się podpisać, zrobię to elektronicznie z domu”.  A to było dokładnie odwrotne do naszych intencji – my chcieliśmy przekonać ludzi do wyjścia z domu i podpisania się. Znów więc dziwny ruch z jego strony i te wszystkie rzeczy sprawiły, że zaczęliśmy myśleć, że jego intencje nie były szczere.

Michał Gajdek: Marc, trochę cię szpiegowaliśmy i wiemy, że pracujesz w jednej z organizacji opozycyjnych, która natychmiast wsparła wotum – Manifest Blaugrana. Jak to się stało, że zostałeś rzecznikiem wotum? Masz jakieś szczególne doświadczenie w pracy z mediami o po prostu się zgłosiłeś? Mówiąc szczerze, widzieliśmy cię w mediach od samego początku i od razu sprawiałeś bardzo profesjonalne wrażenie, więc to również dało dobry wizerunek całej procedurze.

MD: O to właśnie chodziło. W Manifest Blaugrana pracujemy wokół FC Barcelony od sześciu lat, więc mamy całkiem duże doświadczenie. Jednym z głównych punktów było zdecydowanie kto będzie rzecznikiem, jak opowiemy naszą historię, jak zdobędziemy uwagę mediów. Naszym pomysłem było wystawienie kogoś, czyja twarz jest już trochę znana w mediach – ja już wcześniej pracowałem w tej dziedzinie – i w ten sposób po prostu będą skłonni odebrać telefon albo wyślą kogoś, żeby przeprowadzić wywiad. Oprócz tego mam pewne umiejętności w zakresie publicznego przemawiania i pracy z mediami i było to po prostu naturalne – zagłosowaliśmy i wszyscy stwierdzili, że powinniśmy być to ja oraz Ricard [Ricard Faura, drugi z rzeczników wotum reprezentujący organizację Dignitat Blaugrana – przypis 9CN]. Każdy musiał dać z siebie to, co najlepsze, żeby wesprzeć wotum. Ja mogłem to prowadzić w kwestii organizacyjnej, ale także medialnej – dla mnie było to całkowicie w porządku. 

AB: Powiedz szczerze – czy naprawdę wierzyłeś, że procedura wotum nieufności się powiedzie? Ja byłem tutaj na protestach przeciwko Bartomeu przy sprawie Messiego i szczerze mówiąc, gdy drugiego dnia pojawiło się kilkaset osób, liczyliśmy, że to się rozniesie, ale temat nagle umarł.

MD: To chyba była środa, gdy Jordi Farre rozpoczął procedurę. Parę dni wcześniej mieliśmy spotkanie z Cor Blaugrana, czyli organizacją, która założyła stronę internetową i tak dalej. Ja osobiście im powiedziałem: „nie ma szans na wotum nieufności”. Jasne, mieliśmy dużo powodów, ale nie mieliśmy wystarczająco dużo silnych powodów, żeby pokazać ludziom, że wotum jest niezbędne. Doskonale wiem jak działają kibice FC Barcelony, zwłaszcza katalońscy i mówiąc szczerze, to nie był jeszcze moment. 16 tysięcy podpisów to wielka liczba i musisz być pewny, że osiągniesz tę liczbę albo przynajmniej będziesz jej bardzo blisko. I gdy się spotkaliśmy to jeszcze nie był ten moment – ale po 2:8 oraz po sadze z Messim, to już było „to”. Sam widziałeś, że ludzie byli wkurzeni.

AB: Tak, pierwszy raz. To było naprawdę spontaniczne, a wcześniej właściwie nic się nie działo – tylko jedna pañolada w meczu z Eibarem. 

MD: Dokładnie. Gdy pojawiają się takie, nazwijmy to, spontaniczne zamieszki, wtedy wiesz, że ludzie są wkurzeni. I wtedy jest twój moment na rozpoczęcie czegoś wystarczająco dużego i atrakcyjnego, żeby ludzie dołączyli. Jeżeli ja sam, albo Jordi Farré sam, rozpocznie wotum, skończy się na niczym. To już się stało w 2017 roku, gdy spróbował tego Agusti Benedito. On poszedł sam, zrobił wszystko przy użyciu własnych narzędzi i nie przyjął rad ani pomocy od nikogo. Po prostu szukał ludzi, którzy będą dla niego pracować i dlatego wyszło jak wyszło. Dlatego rozwiązanie teraz było takie: „okej, jesteśmy totalnie wkurzeni i musimy się zebrać razem, żeby stworzyć coś dużego, unikalnego i zapewnić jedność pomiędzy różnymi grupami”. To była jedyna rzecz, do której ludzie by dołączyli. I zadziałało. 

MG: Moje następne pytanie miało być dokładnie o porównanie tego aktualnego wotum nieufności z tym z 2017 roku. Trochę już odpowiedziałeś, dlaczego ta procedura się udała, a tamta nie. Mówiąc szczerze, ja sam próbowałem się zaangażować trzy lata temu i wiem z doświadczenia, że było to trudne.

MD: Ja również. A znam Benedito od 2015 roku – gdy zdradził nam, że rozpocznie procedurę wotum powiedzieliśmy: „oczywiście, pomożemy ci. Tylko powiedz co mamy zrobić”. Dosłownie to mu powiedziałem, mam wiadomości na whatsappie z tego okresu. Zero odpowiedzi przez miesiąc. A gdy zaczynasz taką akcję, potrzebujesz każdej pomocy, jaką jesteś w stanie zdobyć. Nie możesz zamykać się na innych i mówić, że inni mają się dostosować i wykonywać twoje rozkazy. Zresztą, dla mnie w porządku byłoby wykonywać te rozkazy, ale najpierw muszę je znać. Było to naprawdę frustrujące. Tak czy siak, zbieraliśmy podpisy w Barcelonie, mieliśmy trochę w Danii czy w innych częściach Europy – łącznie sami zebraliśmy jakieś 500, ale okazało się to na nic [Pod wotum nieufności wszczętym przez Agusti Benedito w 2017 roku podpisało się 12.504 socios. Wymagane było 16.570 podpisów – przypis 9CN]. 

MG: Wspomniałeś, że zbieraliście podpisy pod wotum wszczętym przez Benedito zagranicą. Dla mnie to osobiście dość ciekawe, bo mówiąc szczerze, pamiętam, że było niemożliwe, żeby się podpisać z Polski. Też mam wiadomości na whatsappie z tego momentu sprowadzające się do tego, że musiałbym wysłać skan swojego dowodu i skan karty socio…

MD: Tak, a da się to zrobić prościej. Z wyłączeniem ciebie, gdzie teraz przyjechałeś specjalnie do Barcelony, żeby się podpisać, co jest nadzwyczajne, standardową rzeczą jest, że wysyłasz listy do podpisów kurierem i wracają podpisane. Mieliśmy kontakt w Danii, który zbierał tam podpisy i wysłał je do mojego biura, a ja zaniosłem je do Benedito. Tak to działa i nie jest to tak trudne, ale trzeba to zorganizować. 

MG: Co myślisz o głosach zagranicznych? Wiemy, że jesteśmy tylko kroplą w morzu – gdy Bartomeu napisał ostatni list do Generalitat, z danych w nim zawartych wynikało, że poza Katalonią jest bodajże ledwie 7% socios, z czego 3% poza Hiszpanią. Ale czy uważasz, że to mogło pomóc, np. żeby rozpropagować akcję w mediach społecznościowych?

MD: Będę bardzo szczery w tym temacie. Jeżeli chodzi o liczby bezwzględne, to nie jest warte zachodu. Wyjaśniałem to np. człowiekowi w San Diego, w USA, który mógł zorganizować dwa podpisy. Powiedziałem mu wprost: „nie mogę ci wysłać listy do podpisu przez dwie osoby. Wydam 30-40 euro, ty wydasz 30-40 dolarów i nie będzie to tego warte”. Ale też pomyślałem, że jeżeli damy radę zebrać 10 podpisów w Monachium, 15 w Kopenhadze, 7 w Krakowie, to łącznie możemy dotrzeć nawet do tysiąca podpisów, a to jest już bardzo ładna liczba. A przede wszystkim i jest to dla nas bardzo ważne, socios z całego świata są częścią klubu tak samo jak katalońscy socios, czy nam się to podoba, czy nie. Tak po prostu jest i musimy być fair. Dlatego chcieliśmy udostępnić te narzędzia – powiedzieliśmy „wy zorganizujcie podpisy, a my weźmiemy na siebie koszty, opłacimy kuriera…wy tylko zorganizujcie podpisy. Ale wyślijcie nam co najmniej 10, 15 podpisów, żeby było to tego warte„. I jasne, jesteście kroplą w morzu, ale morze wypełnione jest takimi kroplami, jak doskonale wiesz.

AB: Zrobiliście to wszystko i nawet nie wspomnieliśmy o sytuacji z pandemią – mogę sobie tylko wyobrazić jak trudne było to w tych czasach. Ale udało się, osiągnęliśmy, a wręcz przekroczyliśmy wymóg 16 tysięcy podpisów i było jasne, że będzie referendum. No i właśnie, ostatecznie jednak go nie było, bo Bartomeu zrezygnował. Czy twoim zdaniem byłoby bardziej satysfakcjonujące, gdyby jednak doszło do głosowania?

MD: Zdecydowanie tak. Procedura wotum nieufności ma właściwie dwa cele: po pierwsze chcesz pozbyć się obecnego zarządu, a po drugie chcesz dać socios szansę na wyrażenie swoich poglądów. Jaki jest cel zbierania podpisów pod organizacją wotum nieufności, jeżeli nie dochodzi do wotum nieufności? To nie ma sensu. Jasne, mamy 20 tysięcy podpisów, ale może w istocie jest nas 40 tysięcy. A może i nie. A może pan Cardoner miał rację i rzeczywiście 90 tysięcy socios nie chciało odejścia Bartomeu – my chcieliśmy to sprawdzić. Celem tego wszystkiego jest oddanie decyzji w ręce socios – jaki jest w tym problem? My w Katalonii jesteśmy przyzwyczajeni do takich rzeczy, bo w tym kraju wrzucenie paru kartek do urn zdaje się wielkim kłopotem. Szczerze mówiąc to trochę frustrujące z naszej perspektywy – my bardzo chcieliśmy, żeby głosowanie się odbyło. Jasne, mamy pandemię, nie można tego pomijać, ale możemy dać sobie z tym radę. Bez problemu.

MG: Zgaduję, że nie muszę cię pytać o opinię co do zachowania zarządu gdy podpisy zostały już zebrane – skargi wobec przewodniczącego Komisji Skrutacyjnej, doniesienie na policji, niekończące się listy do Generalitat [autonomiczny rząd Katalonii – przypis 9CN]… ale czy w którymkolwiek momencie myślałeś, że będą chcieli sparaliżować proces za wszelką cenę, nawet łamiąc klubowy statut? A jeżeli tak, to co byliście w stanie z tym zrobić?

MD: Spodziewaliśmy się wszelkich możliwych problemów – byliśmy pewni, że postarają się maksymalnie spowolnić cały proces, zakładaliśmy, że będą chcieli wywrzeć presję na Generalitat, żeby podjęli decyzję o anulowaniu głosowania z powodu pandemii, ale szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się policji, to rzeczywiście było zaskakujące. Nasz plan polegał na respektowaniu zasad, które wyznacza statut klubu. Jasne, moglibyśmy iść do sądu powszechnego, ale to wolny proces – na koniec dnia byśmy wygrali, ale stałoby się to w marcu, kwietniu, czerwcu… i nie miałoby to znaczenia. Dlatego mówiąc szczerze i to bardzo przykra rzecz, ale trzeba ją powiedzieć – jeżeli zarząd, i to nie tylko ten, ale jakikolwiek zarząd, zdecyduje, że chce złamać statut i nie dopuścić do wotum nieufności, nie masz narzędzi, żeby ich powstrzymać. Możesz rozpocząć wiele bitew, ale ta finalna będzie przed sądem powszechnym. I wygrasz ją, ale nieprędko. Dlatego używaliśmy wszystkich środków jakich mogliśmy – wywieranie presji, pompowanie tematu w mediach, słowem – bycie tak natrętnym jak to możliwe. I nie wiem czy decyzja Bartomeu została podjęta wskutek naszej pozycji, ale na pewno miało to znaczenie. Wykonaliśmy całą pracę jaką byliśmy w stanie. 

AB: Porozmawialiśmy już trochę o Jordim Farré, który rozpoczął całą akcję. Ale nie był on jedynym pre-kandydatem, który wsparł wotum nieufności: zrobili to również Luis Fernandez Ala oraz Victor Font. Jaka była współpraca z nimi i pomiędzy nimi? Było to trudne, skomplikowane? 

MD: Działało to bardzo dobrze, wyłączając oczywiście Jordiego Farré. Z Luisem i Victorem działało to świetnie. Bardzo zaufali naszym organizacjom i powiedzieli nam: „to jest wasza akcja. My jesteśmy tutaj, żeby pomóc tak, jak tylko możemy, ale to wy decydujecie – a my zrobimy to, co nam powiecie, żebyśmy zrobili”. Na koniec dnia okazało się, że Victor Font zebrał ponad 3 tysiące podpisów, co jest świetną liczbą, a Luis Fernandez również nam pomagał w Sant Cugat de Barcelona – nie mam konkretnych liczb dla niego, to mniejszy kandydat, ale pracował tak ciężko, jak mógł. Obaj byli niesamowicie pomocni i jesteśmy im bardzo wdzięczni. Farré poszedł w swoją stronę i nie pomagał nam, ale ci dwaj kandydaci to co innego.   

AB: Ja też zresztą podpisałem się w biurze Victora Fonta – musiałem nawet czekać w kolejce.

MD: Tak, to było zupełnie szalone. Rozmawiałem z szefem jego sztabu medialnego i codziennie mówił mi, że mają ok. 100-150 osób, formują się kolejki… Font po prostu oddał nam swoje biuro, co było fantastyczne, bo mieć dostęp do biura w Barcelonie przy Av. Diagonal, to świetna okazja. Byli bardzo pomocni.


MG: Czy jakikolwiek inny pre-kandydat wsparł wotum? Może nieoficjalnie… wiem, że spodziewałeś się, że w końcu to nazwisko się w tym wywiadzie pojawi – czy Joan Laporta wam pomógł? 

MD: Rzeczywiście, spodziewałem się nazwiska rozpoczynającego się na literę L (śmiech). Tak jak wcześniej powiedziałem – każdy pomaga jak może. Myślę, że Laporta mógł uznać: „okej, moja pomoc może polegać na pojawieniu się, podpisaniu się pod wotum i powiedzeniu – wspieram was”. I właściwie do tego się ograniczył. Ale trzeba przyznać, że w efekcie pewnie setki, jeżeli nie tysiące ludzi pomyślało, że skoro Laporta podpisał się pod inicjatywą, to znaczy, że jest ona dobra, prawdziwa. On ma wystarczającą siłę, żeby tylko kiwnąć palcem i dużo ludzi za nim podąży – to dla nas dobre.

AB: Skoro już wspomnieliśmy Laportę, to muszę spytać – twoim zdaniem wystartuje w wyborach? 

MD: Jestem absolutnie pewny, że tak. 

AB: W takim razie, dlaczego jeszcze oficjalnie tego nie zrobił? Czasu nie ma przecież aż tak wiele.  

MD: Myślę, że w jego planach nie było wotum nieufności. Więc to my skróciliśmy mu dostępny czas. Teraz gdy ma może 90 dni będzie musiał trochę przyspieszyć, ale on nie musi robić pełnej kampanii. On nie musi wyrabiać sobie nazwiska lub wizerunku, bo każdy je zna. Widziałem sondaże, że Laportę zna 97% kibiców Barcelony – zabawne jest to, że istnieje 3% ludzi, którzy go nie znają. On po prostu pewnego dnia się pojawi, powie, że startuje, ogłosi swój zespół i tyle – każdy będzie dokładnie wiedział o co chodzi.

MG: A w odniesieniu do wyborów – co myślisz o deklaracjach Carlos Tusquetsa, że wybory odbędą się tak szybko, jak to możliwe, ale nie podda się żadnej presji w tym zakresie. O jakiej presji może mówić i kiedy wybory rzeczywiście się odbędą, a co może ważniejsze – w jakiej formie? Wiemy, co mówi statut, który jest bardzo rygorystyczny, ale czy uważasz, że istnieje szansa na głosowanie elektroniczne? Albo chociaż rozłożone na parę dni lub głosowanie korespondencyjne?

MD: Co do Tusquetsa, moim zdaniem mówi to, co musi powiedzieć. I bardzo dobrze, że nie podda się żadnej presji – ja tylko chciałbym, żeby nie zaakceptował presji nie tylko, żeby skrócić terminy, ale też i żeby je wydłużyć. Jestem bowiem pewny, że taka się pojawi. Wiem, że jesteście bardzo zorientowani w temacie, więc na pewno doskonale wiecie, że Tusquets jest w klubie od wielu, wielu lat (więcej o Carlosie Tusquetsie jak i o procedurze wyborczej w naszym tekście). Jasne, nie jest on najbardziej progresywną osobą w Barcelonie, ale niech i tak będzie. Postarajmy się okazać mu trochę zaufania, że będzie działał najlepiej jak umie. Ale jeżeli sprawy zaczną się opóźniać, to będziemy musieli zacząć wywierać presję.

Jeżeli chodzi o wybory w świetle statutu, to tak jak mówisz – przepisy są rygorystyczne. Jestem w 100% pewny, że nie będzie ani głosowania elektronicznego ani korespondencyjnego. Ale sądzę, że powinniśmy być w stanie rozłożyć głosowanie na 2-3 dni lub przeprowadzić je w różnych miejscach. Sytuacja nie jest normalna, więc musimy być elastyczni. Co do terminu – najwcześniej chyba przed Świętami, ale nikt nie wie jaka będzie wtedy sytuacja z pandemią. I to prowadzi mnie do kolejnego punktu – ludzie mówią „nie możemy wyznaczyć terminu wyborów, bo nie wiemy co z pandemią”. Ja mówię – wyznaczmy termin, a jeżeli blisko niego okaże się, że nie da się zagłosować, to wtedy przełożymy głosowanie. Ale wyznaczmy termin. Przecież ten problem może dotyczyć nie tylko grudnia, ale i stycznia, lutego, marca… musimy ruszyć naprzód.

AB: Swoją drogą, wydaje mi się, że głosowanie elektroniczne mogłoby się odbyć, gdyby wszyscy tego chcieli. Tak stało się przy okazji kongresu penyi (oficjalnych klubowych fanklubów przypis 9CN). Sam w tym uczestniczyłem jako prezes Penya Blagrana de Lodz – najpierw przegłosowaliśmy zmiany statutu, żeby umożliwić głosowanie elektroniczne, a potem zagłosowaliśmy elektronicznie.

MD: Kiedy to było?

AB: Dwa-trzy tygodnie temu.

MD: W ogóle tego nie wiedziałem. 

MG: Z mojego doświadczenia to najbardziej typowy problem czasów pandemii – każdy chce głosować elektronicznie, ale żeby móc to zrobić, to najpierw trzeba spotkać się na żywo i przegłosować możliwość głosowania elektronicznego. W kwestii wyborów, myślę, że to byłoby możliwe, gdyby wcześniej odbyło się zgromadzenie socios compromisarios i przegłosowano by taką zmianę w statucie klubu. 

MD: Tak, ale zgromadzenie jak wiecie zostało w tym roku odwołane i nie sądzę, żeby odbyło się w krótkim terminie. Ale podnieśliście bardzo dobry punkt – ja naprawdę nie wiedziałem o tym głosowaniu przez penye. Będę miał to na uwadze i na pewno to wykorzystam. To bardzo dziwne, że oni mogą głosować elektronicznie, a my nie.

MG: Nie chcemy cię zatrzymywać, ale mamy jeszcze jedno pytanie…

MD: Przestańcie – pytajcie, ile chcecie. Michał, serio, przyleciałeś do Barcelony się podpisać – jestem ci winny wszystko (śmiech). 

MG: (śmiech). No dobrze. Bartomeu już nie ma, więc czy to koniec twojej pracy? Czy jednak możemy się ciebie spodziewać w projekcie któregoś z kandydatów w wyborach? Oczywiście jeżeli możesz nam to zdradzić.

MD: Moja praca jest wykonana. Moim planem jest powrót do Manifest Blaugrana i powrót do pracy, którą wykonywaliśmy przez ostatnie sześć lat – mieć oko na zarząd i to, jak działa klub. Ale oczywiście byłbym głupi, gdybym nie był gotowy porozmawiać z każdym, kto tylko chce to zrobić – jestem gotowy wysłuchać wszelkich projektów i pomysłów. Powiedziałem tu już każdemu, kto o to pytał: jeżeli mogę pomóc FC Barcelonie w jakikolwiek sposób, będę szczęśliwy to uczynić. Tak czy siak, nie biorę udziału w procesie wyborczym, nie jestem częścią żadnej kandydatury, nie będę robić kampanii dla nikogo, bo moja pozycja na to nie pozwala. Muszę być otwarty na każdego i słuchać wszystkich… chyba, żeby pojawił się tylko jeden projekt, który uznamy za perfekcyjny dla FC Barcelony i spełniający nasze wymagania – nie sądzę, żeby tak się stało, ale nigdy tego nie wiesz.

AB: Ostatnie pytanie – kto będzie następnym prezydentem FC Barcelony?

MD: Dobre pytanie. Pewnie najważniejsze. Na chwilę obecną – podkreślam, na chwilę obecną – wydaje mi się, że wszystko rozegra się pomiędzy Victorem Fontem, a Joanem Laportą. I mówiąc szczerze – taką mam nadzieję. Inni kandydaci – Freixa, Farré… nie mam na to nastroju. Musimy wrócić do dobrych czasów. I myślę, że na dzisiaj mamy dwie opcje, żeby to zrobić – Victor Font wygląda bardzo obiecująco, Joan Laporta też, jeżeli się pojawi. Ważne jest też to, że strona konserwatywna, continuista, nie jest gotowa na ten wyścig. Jasne, wystawią kogoś, ale nie są w stanie zorganizować naprawdę dobrego kandydata – moim zdaniem nie będzie on rywalem. Dlatego myślę, że to będzie Laporta albo Font. I szczerze mówiąc, sądzę, że to dobra wiadomość dla Barcelony.

MG: Szczerze mówiąc, my także tak myślimy. Marc, bardzo dziękujemy ci za znalezienie czasu na rozmowę z nami. Przyjemność jak zawsze – mam nadzieję, że następnym razem widzimy się już osobiście w Barcelonie.

MD: Oczywiście! I również dziękuję. 

9CAMPNOU to jedyny polski blog o Barçy tworzony w Barcelonie. Jeżeli spodobał Ci się ten wpis wesprzyj nas małą kwotą:

Buy Me a Coffee at ko-fi.com

To może cię zainteresować

Jaka będzie FC Barcelona w 2022 r.? Feat. Tomasz Ćwiąkała [Podcast #75]

Tym razem przede wszystkim o Barcelonie o 2022 czyli o najlepszych stoperach, o idealnych bocznych obrońcach, o przyszłości Dembele, potencjalnym transferze Haalanda czy też nieśmiertelnym temacie tajemnicy Riquiego Puiga. Do tego m.in. rozmawiamy też o tym komu kibicuje Tomek, czy też o tym, jak to jest komentować na Camp Nou i czy cieszy go przyszła przebudowa Camp Nou.

WIĘCEJ »