To był najgorszy mecz Barcelony od… tygodnia. Barcelona 2:1 Getafe.

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

90 minut boiskowej mordęgi, w której próżno szukać jakichkolwiek pozytywów. Cel został osiągnięty i 3 punkty lądują na naszym koncie, jednak styl w jakim to zrobiliśmy… delikatnie mówiąc pozostawia wiele do życzenia. Mecz rozpoczął się od honorowego wykopu piłki przez Yulimar Rojas, złotą medalistkę IO w Tokyo i rekordzistkę świata w trójskoku, która reprezentuje barwy Barcelony od 2016 roku. Śmiało można powiedzieć, że był to najciekawszy moment na Camp Nou tego popołudnia. Przejdźmy do meczu.

I zacznijmy mimo wszystko od plusów, bo będzie ich niewiele.

  1. Holendrzy. Zarówno Frenkie de Jong jak i Depay po raz kolejny byli praktycznie jedynymi zawodnikami, z których występów można być zadowolonym. Memphis popisał się bardzo urokliwą bramką, asystą drugiego stopnia i tak jak zazwyczaj, starał się dodać grze Dumy Katalonii odrobiny magii. Jego reprezentacyjny kolega wykonywał swoją pracę na boisku jeszcze lepiej. De Jong był dzisiaj najpewniejszym elementem zespołu, który zarządzał grą całej drużyny i pomagał swoim kolegom z linii obrony.
  2. Środkowi obrońcy. Zarówno Araujo jak i Lenglet mogli zachować się nieco lepiej przy straconej bramce, ale ich całościowa postawa na boisku mogła się podobać. Araujo, klasycznie już, imponował swoimi warunkami fizycznymi oraz szybkością, z kolei Lenglet dawał radę wyprowadzając piłkę spod własnego pola karnego (to od niego rozpoczęła się bramkowa akcja z 2′).
  3. Minuty dla młodzieży. Debiut w La Liga Gavi’ego, i kolejny już występ Nico cieszą, jednak brakowało w tych zmianach jakiegokolwiek pomysłu. Gavi wyglądał na niepewnego do końca swojej pozycji na boisku, z kolei Nico dublował się pozycjami z Busquetsem. Poza delikatnym ożywieniem sytuacji na boisku nie wnieśli wiele do gry. Nie można jednak od nich oczekiwać z miejsca dźwigania drużyny na plecach. Cieszę się, że dostają szanse na ogranie się w pierwszym zespole.
  4. Sergi Roberto. Trochę wciśnięty na siłę, za strzeloną bramkę, ale momentami jego gra mogła się podobać. Jego sporadyczne wejścia w pole karne przypominały nieco Frenkiego z poprzedniego sezonu.

Można przejść do minusów

  1. Griezmann. Autentycznie brakuje mi słów na opisanie gry Francuza. Wyglądał dzisiaj jakby przejął całą niepewność boiskową Lengleta i połączył ją ze swoją ostatnimi czasy klasyczną przeciętnością. Za sprawą tego powstał prawdziwy potwór odbierający radość z oglądania piłki nożnej. 0 strzałów celnych, 0 strzałów niecelnych, 0 udanych dryblingów, 0 kluczowych podań. Tak… odejście Messiego całkowicie go odblokowało.
  2. Emerson. Na boisku jak dziecko we mgle. Nie wiedział gdzie ma być, co robić, ani jak pomóc kolegom. Jeden z winowajców przy stracie bramki. Nie wniósł do gry absolutnie nic, za to zabrał sporo radości. Przeciętny Dest wybijał się na jego tle po wejściu na boisko i to chyba dosyć dobrze obrazuje obecny poziom Brazylijczyka. Jak na razie nie widzę dla niego miejsca w zespole. To kolejny raz kiedy rozczarowuje swoją grą.
  3. Zmiany. Ktoś wie jak wyglądało ustawienie w końcówce spotkania? Ja nie mam pojęcia. Kończyliśmy mecz z jednym napastnikiem i trzema środkowymi obrońcami, więc zakładam coś na kształt 3-6-1. Ja też nigdy o podobnej nie słyszałem. Jaki był pomysł Koemana na grę? Ciężko stwierdzić, bo pomimo tak ogromnej przewagi liczebnej w środku pola to wciąż Getafe (!) wyglądało lepiej z piłką przy nodze.
  4. Brak pomysłu na konstruowanie akcji. Narzekaliśmy na brak pomysłu na grę i oddawanie każdej piłki Messiemu w ostatnim sezonie. Teraz, kiedy Argentyńczyka nie ma na boisku, oddajemy piłkę rywalowi.
  5. Brak decyzyjności. Mam wrażenie, że połowa zespołu boi się na boisku podejmować decyzje mniej lub bardziej ryzykowne… Żeby przerzucić piłkę, żeby dośrodkować, żeby spróbować nieco trudniejszego podania, żeby oddać strzał. Można by wymieniać i wymieniać. Decyzja Memphisa o strzale, zamiast szukać swoich kolegów podaniem dała nam dzisiaj bramkę i trzy punkty. Czas, aby również inni zawodnicy przestali się bać brać odpowiedzialności na boisku.

Można by się jeszcze długo rozpisywać i pastwić nad grą prawie całego zespołu. Od patrzenia ta taką grę oczy same zaczynają krwawić. To nie jest drużyna, którą chce się oglądać. To jest drużyna do oglądania której zaczynam się zmuszać. I oczywiście dalej będę cierpiał, nieważne od tego jak bardzo będzie bolało to oglądanie podopiecznych Koemana. To w końcu klub mojego życia (na pewno nie drużyna życia). Może po prostu jako kibice Barcelony musimy nauczyć się doceniać mniejsze rzeczy jak udany drybling, proste podanie, albo zwykłą decyzję o strzale…

Kiedy zacząłem się zastanawiać nad tym „docenianiem mniejszych rzeczy” wrócił do mnie ten fragment „Przyjaciół”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »