Mój pierwszy raz. Barça – Real 2:1, 26/10/2013 r.

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

Mecz z Realem już za chwilę, więc postanowiliśmy z Michałem przedstawić Wam nasze historie z kibicowania na żywo w tych najważniejszych meczach Hiszpanii.

Na pierwszy ogień pójdzie mój tekst ponieważ mam łatwiej – szukając jakiegoś tekstu na laptopie natknąłem się niedawno na swoją relację z mojego pierwszego El Clásico w życiu. Spore fragmenty przekleję tu bez żadnej edycji, muszę przyznać, że czytając ten tekst lekko podniosły mi się koniuszki ust do góry.

„Jak Barcelona, to oczywiście Camp Nou. Moje marzenie od gówniarza, odkąd 96’ roku kiedy tutaj po murawie biegał ten pierwszy, prawdziwy Ronaldo. Nie był piękny, miał łysy łeb i wystające zęby, a i tak każdy dzieciak na podwórku chciał mieć jego koszulkę. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że będzie tu tylko rok, tak jak ja nie wiedziałem, że Barça zostanie ze mną na o wiele dłużej. Camp Nou oferuje dwie główne atrakcje – zwiedzanie stadionu i oczywiście mecz.”

Najpierw mały zarys sytuacji: pierwszym Klasykiem na jakim byłem w życiu było spotkanie 26. października 2013 r. Barça – Real to było moje marzenie od zawsze, ale zawsze coś się nie składało – a to nie było ekipy, a to coś z pracą, a to – i to najczęściej – nie miałem pieniędzy. A umówmy się – wyjazd na mecz z Realem to nie jest tania sprawa, ani wtedy ani tym bardziej teraz przy zbrodniczym reżimie Bartomeu, gdzie za bilet płaci się obecnie ponad 200 EUR. Ale o tym przy innej okazji. 

A ten Ronaldo, no cóż. Do tej pory myślę, co by było gdyby. Mój kumpel zrobił taką grafikę, ja kochałem wszystkich trzech piłkarzy:

autor: https://twitter.com/MateuszSipa1

Udało nam się z tym El Clásico. Datę wakacji nie bez przyczyny wybraliśmy właśnie taką. Wyszedłem z założenia, że jeżeli to ma być mój pierwszy mecz na Camp Nou, to nie chce oglądać Barçy z ogórkami z Sociedad czy Osasuną, nawet jeżeli mają dostać worek bramek. Po drodze miałem momenty zwątpienia i byłem blisko przebukowania biletów na tydzień później, gdzie Barça podejmuje Espanyol i Milan, ale szczęśliwie można było bilety na Madryt kupić online kilka dni przed meczem za pośrednictwem strony ticketmaster.es. 

Tutaj muszę podziękować Piotrkowi z blaugrana.pl za info 😉 Co do samego bukowania to łatwe to nie jest – bilety znikały bardzo szybko, więc dobrze jest wiedzieć, jaki sektor nas interesuje najbardziej i na jaki wydatek jesteśmy gotowi (ceny wahały się między 100-300 EUR). I dobrze pamiętać, że jest praktycznie niemożliwe żeby kupić bilety koło siebie. W najlepszym wypadku możesz liczyć na bilety w niedalekiej odległości, przyjść na stadion wcześniej i mieć nadzieję, że ktoś się z tobą zamieni – i to właśnie zrobiliśmy. Normalnie w sezonie Camp Nou nie jest wypełnione po brzegi, więc już po pierwszym gwizdku możesz przesiąść się na jakieś wolne krzesełka, ale zbyt wiele ich zeszłej soboty nie było.

Z tymi krzesełkami to śmieszna w sumie historia z perspektywy czasu chociaż wtedy miałem wielki stres. Biletów na mecz nie było, dostałem się w końcu do kolejki online po parunastu minutach gdzie już prawie wszystko było wykupione. Po kolejnych kilkunastu trafiłem dwa bilety w miarę obok siebie. W miarę, tzn. 13 miejsc od siebie. I faktycznie, ktoś się z nami zamienił – tylko, że to nie było jego miejsce bo sam je pomylił. To był jakiś turysta zakręcony tak samo jak my wtedy. Faktyczny właściciel krzesełka się spóźnił kwadrans i steward kazał mu usiąść gdziekolwiek żeby nie przeszkadzał. 

Co do samego meczu, to nie będę się tu rozpisywał bo nie prowadzę bloga sportowego. Były bramki i było zwycięstwo, a to więcej niż oczekiwałem bo przed meczem remis brałbym w ciemno. Ja zapamiętam kilka rzeczy – standing ovation dla Neymara, golazo Alexisa, myśl że Valdés w takiej formie będzie wielkim osłabieniem kiedy odejdzie i to jak mały jest Messi na żywo. Zapamiętam też świetną atmosferę na stadionie i to, o ile lepsze wrażenie wywiera mecz oglądany po zachodzie słońca (kto zmienił godzinę rozpoczęcia z 22 na 18?). 

„Nie prowadzę bloga sportowego” rozbawiło mnie najbardziej. Ale wtedy mieszkałem na Cyprze, a nie w Barcelonie i nawet nie sądziłem, że kiedyś się tu przeniosę na stałe. Śmiesznie się życie układa. Alexis trafił niesamowitego loba akurat na bramkę, za która siedzieliśmy. A Valdés dla mnie był zawsze kryminalnie niedocenianym zawodnikiem i nadal w mojej prywatnej hierarchii jest wyżej niż np. ter Stegen. 

I na miłość boską takie mecze powinno się grać przy sztucznych światłach, a nie po południu!

I na koniec ostatni już fragment:

Siedząc już na stadionie i patrząc na boisko pomyślałem, że jestem szczęściarzem. Spełniłem jedno z największych marzeń mojego życia. A patrząc na to, jak się moje życie układa mocno wierzę, że to dopiero początek.

Od tego czasu widziałem Barçę na żywo ponad 50 razy, a mieszkam zaraz przy Camp Nou.

I wiecie co? Nadal mam nadzieję, że to dopiero początek.  

Visca el Barça!

Jak zawsze zachęcamy do zostania naszym patronem i dołączenia do naszej grupy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »