Leo, dziękuję za wszystko

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

Nie zasłużyłeś na takie odejście – tak naprawdę bez pożegnania. Po ponad dwudziestu latach u nas odchodzisz nie dlatego, że kończysz karierę, nie dlatego, że się wypaliłeś i sam podjąłeś taką decyzję, a dlatego, że klub został doprowadzony do ruiny. To niewyobrażalne, by żegnać się z taką postacią w taki sposób.

Idol

Pozwolę sobie na trochę prywaty. Leo był w moim życiu prawie od zawsze, odkąd pamiętam. Wzór, idol, człowiek, który wyznaczał szlak, jaki chciałem iść przez życie – będąc człowiekiem skromnym, chcącym być trochę w cieniu, ale zawsze wykonującym to, co do niego należy w jak najlepszy sposób. Od ponad dziesięciu lat, od objawienia się zespołu Guardioli mały Dawidek upatrzył sobie Messiego, jako wyznaczającego ścieżki. Oglądanie każdego meczu Barcelony, jaki był w telewizji, było obowiązkiem. Wtedy nie znałem mocy internetu, który pozwalał na wszystko – mecze ligowe, pucharowe. Możliwość oglądania Blaugrany w każdym momencie. Wiedziałem, że raz na jakiś czas mogę obejrzeć tę drużynę w Lidze Mistrzów. To tyle. Zachwyt, w jaki wprawiał mnie Leo każdym dotknięciem piłki, był nie do opisania. Kilkunastoletni dzieciak obserwuje zawodnika w ekranie trzydziestodwucalowego telewizora i jest zauroczony.

Następnego dnia wychodzi na podwórko, by poobijać piłkę o bramy garażu i postrzelać na bramkę (czyt. bramę wjazdową), udając „prawonożnego Messiego” i odtwarzając jego ruchy. Na szafkach w domu wiszą plakaty zawodników Barcelony – Xaviego, Iniesty znalezione i wyrwane z BravoSport. Pośród nich największy – król Leo. Chwilę później włączał otrzymaną na gwiazdkę konsolę PS3, by móc nawet w wirtualnym świecie kontrolować swojego bohatera. Do tego dochodzą popularne karty od Panini. Jaka była radość, kiedy wreszcie po wielu próbach do kolekcji trafił Messi. Miłość bezgraniczna. Dziecka do piłkarza.

Wyobrażacie sobie reakcję dziesięciolatka po blamażu Barcelony z Bayernem w 2013 roku? Okropne uczucie. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Rok 2014, mistrzostwa świata w Brazylii. Scenariusz tej imprezy każdy pamięta bardzo dobrze. Ja niestety też. Leo Messi niesie na plecach reprezentację Argentyny do wielkiego finału. Mecz z Niemcami. Stres, denerwowanie się, czy mu się uda? Czy podniesie najważniejsze trofeum w futbolu? Takich, jak ja było wielu. Nadeszła dogrywka – cios prosto w serce. Zadał go Mario Goetze. Płacz w poduszkę, odwrócenie się na łóżku w drugą stronę, gdy Niemcy podnoszą puchar. Gniew. Chciałem oddać wtedy wszystko, żeby tylko Leo mógł podnieść najbardziej upragnione dla siebie trofeum. Humor zepsuty na kilka dni.

Euforia w drodze ku upadkowi

Na szczęście już rok później stało się coś niesamowitego. Coś, co można wspominać do końca życia. Przychodzi nowy trener i w pierwszym sezonie robi tryplet. Magia. Kibice Barcelony są najszczęśliwsi na świecie. Neymar, Suarez i najlepszy piłkarz na świecie rozmontowują defensywy kolejnych przeciwników. Wielkie zwycięstwo w Berlinie nad Juventusem, zabawa na boisku w wykonaniu tych trzech cracków, a za nimi jeszcze generałowie Xavi i Iniesta. Co za czas, by żyć. Goethe pisał: „Chwilo trwaj, jesteś taka piękna”. Tylko tego wtedy chciałem, żeby mój klub, mój piłkarz był na szczycie jak najdłużej. Od tamtej pory działo się tylko gorzej poza kilkoma wyjątkami.

Ligi Mistrzów brak. Kompromitacja za kompromitacją. Rzym, Liverpool, Lizbona. Najgorsze momenty w byciu kibicem. Kiedy twój klub jest bezradny, zawodnicy nie wiedzą, co robią na boisku, a ty jako zwykły fan nie możesz nic na to poradzić. Za sterami Barcelony siedzi człowiek, który nigdy nie powinien się tam znaleźć. W tym wszystkim zatraca się moja dziecięca miłość do Leo. To już nie jest kochanie piłkarza ponad wszystko. Dodatkowo zachowania takie jak w „bójce” z Garym Medelem na Copa America, czy uderzenie łokciem Asiera Villalibre w finale Superpucharu Hiszpanii. Nie podobało mi się to, nie czułem już tego, co wcześniej, nie potrafiłem bronić Leo. Będąc starszym człowiekiem, zaczynasz patrzeć na różne rzeczy inaczej. Najważniejszą wartością stał się dla mnie szacunek do przeciwnika. Nie widziałem tego w tamtych momentach. To były zachowania niegodne kapitana. Uczucie umierało. Do tego jeszcze doszedł biurofaks z informacją o chęci odejścia. Byłem gotowy na pożegnanie.

To koniec

Okazało się, że zostaje. Ostatecznie wziął na siebie drużynę w przebudowie. Pomógł jej w zdobyciu Pucharu Króla. Osiemnastoletni Dawid nie potrafił już pokochać go tak, jak kiedyś. Cieszył się jednak ze szczęścia Leo. Media podawały informacje o przedłużeniu kontraktu, wydawało się, że wszystko wychodzi na prostą. Wydawało się. Nagle wybuchła bomba. Messi odchodzi z Barcelony. Łudzono się, że to presja na Javierze Tebasie, że da się to odkręcić. Nie da się. Konferencja pożegnalna dobiła nas wszystkich. Płacz Leo, minutowa owacja od zebranych kolegów i zarządu. Dotarło do mnie, że to koniec. Definitywnie. Dla mnie od zawsze wyglądało to w jeden sposób: „Messi es Barça, Barça es Messi” („Messi to Barça, Barça to Messi”). Nie wyobrażam sobie go w innej koszulce. Nie potrafię zrozumieć opuszczenia klubu przez taką postać. Dlaczego w taki sposób? Bez pożegnania na pełnym stadionie, bez pięknej ceremonii, jaką miał Iniesta, bez wielkiego trofeum, jakie miał Xavi. Wszystko zamknęło się w sali konferencyjnej i przy zdjęciu z trofeami. Nie tak miało być.

Największym bólem dla mnie będzie do końca życia to, że nie było mi dane zobaczyć Leo na żywo w koszulce Barcelony. Chciałbym powiedzieć, że to przez to, że nie próbowałem. Niestety nie. Wszystko było gotowe. Bilety na mecz kupione, samolot gotowy, hotel zajęty. 1/8 finału Ligi Mistrzów z Napoli, sezon 19/20. Na tydzień przed wylotem wybuchła pandemia. Lot odwołany, mecz przełożony. Tego bólu nie da się opisać. Szykujesz się od prawie roku na wyjazd życia i nie możesz go zrealizować z powodów niezależnych od ciebie. Później dowiadujesz się, że była to ostatnia szansa na obejrzenie idola dzieciństwa w klubie swojego życia na żywo. Niewykorzystana, bo on odchodzi. Już nie zrealizujesz marzenia. No, chyba że w Paryżu. Tyle że to już nie będzie to samo. Już nigdy. Szansa przepadła.

Hej, skoro już tu jesteś to może wesprzyj naszego bloga? Nie mamy reklam na stronie i utrzymujemy się dzięki dobrowolnym wpłatom naszych patronów. W zamian zaprosimy cię do naszej zamkniętej grupy dla socios 9CAMPNOU. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »