Koeman, czyli Sergi Roberto wśród trenerów

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

Meczem z Atletico właściwie zakończyliśmy sezon. Przed rozpoczęciem nowego Joan Laporta musi podjąć liczne, niekiedy bardzo trudne decyzje. I tak jak na jesieni pisałem, że wybór prezydenta będzie tym, co zdeterminuje długoterminową przyszłość Barcelony, tak teraz uważam, że to wybór trenera, którego dokona ten prezydent, będzie determinował przyszłość krótko- i średnioterminową. Czyli mówiąc prościej – co z tym Koemanem?

Na wstępie jednak jestem winien wam przeprosiny. Adrian mi świadkiem, że ten tekst miał powstać jakiś czas temu – ale była Wielkanoc, był urlop, był zepsuty laptop, była przeprowadzka… cóż, musicie mi uwierzyć na słowo, że moje wczorajsze wynurzenia na Twitterze wcale nie wynikały (jedynie) z frustracji po meczu z Los Colchoneros i utracie szans na mistrzostwo, a były efektem całkiem długotrwałych przemyśleń. Inaczej mówiąc, w tym wypadku naprawdę przemawiał rozum, a nie (tylko) serce.

Aha, nim zaczniemy, mamy do ustalenia jeszcze jedną rzecz. Ja naprawdę doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że byłoby niesamowicie głupio zwalniać Koemana tylko z powodu niewygrania mistrzostwa. Ba, w mojej ocenie być może byłoby głupio zwalniać go, gdyby przegrał nie tylko mistrzostwo, ale i Puchar Króla – i o tym ten tekst miał być pierwotnie. Ale jednocześnie możliwe jest, że mogłoby być głupio go zostawić, nawet z wygranym dubletem. Do czego zmierzam? Do tego, że jak pisałem konsekwentnie od początku tego sezonu – dla mnie wyniki sportowe sezonie nie stanowią obecnie istotnego elementu oceny trenera. Wymagałem jedynie zajęcia miejsca w TOP4, wiążącego się z awansem do Ligi Mistrzów, no i braku kompromitacji w obecnej edycji LM.

Dlaczego więc powstaje ten tekst, skoro Koeman zrealizował te cele z nawiązką, dokładając jeszcze wydarty rywalom Puchar Króla?

Do or not do. There is no try.

Korzystając z niedawno minionego Dnia Gwiezdnych Wojen, jeden z cytatów, nad których sensem długo się kiedyś, w młodszych latach, zastanawiałem. Mistrz Yoda uczy Luke’a Skywalkera, że nie ma próbować – ma albo robić albo nie robić. Myślę, że spodobałby mu się polskie powiedzenie wóz albo przewóz.

Gdybyście posłuchali pierwszego odcinka naszego podcastu, nagranego w zeszłoroczne wakacje (nie polecam, bo gadamy straszne głupoty), to usłyszelibyście, że Barcelona znajdowała się wówczas na rozstaju i mogła pójść jedną z dwóch dróg:

– postawić na ostateczne zadłużenie się, the last dance i maksymalne wykorzystanie ostatnich lat Leo Messiego

albo też

– pogodzić się z tym, że trzeba wychować sobie u podstaw następców starych mistrzów, co siłą rzeczy może potrwać i należy zaakceptować przejściową obniżkę poziomu, żeby potem powrócić w pełnej chwale.

Moim zdaniem mistrz Yoda nie byłby zadowolony z Ronalda Koemana. Stoi on w rozkroku między tymi opcjami.

Jeden z dwunastu

Z jednej strony bowiem Koeman nie jest szkoleniowcem z absolutnie najwyższej półki, dającym coś ekstra w meczach z tymi największymi. I tutaj mamy często wypominaną mu statystykę – zaledwie jeden punkt ugrany w czterech starciach z bezpośrednimi rywalami do mistrzostwa. Do tego wypuszczenie zaliczki 2-0 z Juventusem (tak, tak, trzeba sobie jasno powiedzieć, że znów straciliśmy w rewanżu przewagę z pierwszego meczu – i to tym razem u siebie), no i jednak 1-4 z Paris Saint Germain. Nie zapomnijmy też o Villalibre grającym na trąbce po finale Superpucharu Hiszpanii. No delikatnie mówiąc, jest się czego czepić jeżeli chodzi o postawę w kluczowych momentach sezonu.

Tyle tylko, że akurat moim skromnym zdaniem jest to droga donikąd. Ocenianie trenera tylko po statystykach prowadzi do absurdu – zresztą spójrzcie na to zestawienie. Chyba nikt nie wierzy, że przygoda Taty Martino na ławce trenerskiej Barcelony była równie udana co ta w wykonaniu Pepa Guardioli?

Kolejno: procent zwycięstw, remisów i porażek, bramki strzelone i stracone / mecz, procent meczów ze strzeloną i straconą bramką

Na marginesie jedynie przytoczę tutaj dodatkowo, że Koeman punktuje ze średnią 2.14 pkt na mecz, zaś Quique Setien wykręcił… 2.08 pkt. Pod waszą ocenę pozostawiam czy jest to znacząca różnica w kontekście kadry, którą dysponowali obaj panowie i okresu ich pracy – po pierwszych dwudziestu pięciu meczach (tyle przepracował u nas Setien), to Hiszpan legitymował się lepszymi wynikami. Czy naprawdę możemy więc mówić o daleko posuniętym rozwoju drużyny?

Moim zdaniem bowiem Koeman w licznych przypadkach bohatersko rozwiązywał problemy, które sam sobie stworzył. Przejście na 4-3-3, a potem 3-5-2? Przecież to on odszedł od pierwszego z tych systemów, forsując miesiącami zupełnie niedziałające 4-2-3-1. Błędy indywidualne w obronie? Pewnie, ale wystarczy sprawdzić w ilu meczach nasi stoperzy grali w tym samym składzie i systemie, nawet gdy wszyscy byli zdrowi, jak ostatnio. Takie sytuacje można mnożyć. Mnie jednak najbardziej bolały zawsze reakcje na sytuację boiskową, które ciężko określić inaczej niż prymitywne – no wiecie, wprowadzanie wszystkich napastników gdy przegrywamy i obrońców, gdy musimy bronić wyniku.

Młodzież, czyli chęć czy przymus?

Okej, ale i tak zrobił wynik ponad stan, poza tym spójrz – wprowadził Ilaixa, Minguezę, Pedriego… sporo przeczytałem takich odpowiedzi. I zasadniczo się z nimi zgadzam, ale chciałem zwrócić uwagę na dwie okoliczności.

Po pierwsze, jeżeli chodzi o wynik ponad stan – patrz wyżej. Ja naprawdę chętnie zaakceptowałbym nieco gorsze wyniki i brak złudzeń co do mistrzostwa, którego i tak ostatecznie nie zdobędziemy, jeżeli tylko miałoby to oznaczać rozwój kolejnych talentów na przyszłe lata.

Po drugie, z tymi młodymi też nie jest tak kolorowo, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Najlepszym przykładem jest tu chyba Pedri. Z jednej strony bowiem Koeman zaufał mu tak, jak na pewno nie zrobiłby tego choćby Ernesto Valverde – i za to wielkie brawa. Z drugiej jednak, kompletnie zajechał 18-letniego chłopaka, wypychając z klubu (Aleña) albo przynajmniej próbując wypchnąć (Puig) jego naturalnych zmienników. Sposób wdrażania do pierwszego zespołu Minguezy czy Araujo to temat wręcz na osobny tekst, podobnie jak ciągnięcie na bezsensowne wycieczki krajoznawcze Konrada de la Fuente.

Przede wszystkim jednak uważam, że jak na sezon przejściowy, to tych młodych było wręcz za mało. Szansę dostali właściwie dwaj zawodnicy rezerw – Mingueza i Ilaix Moriba. Co ciekawe, żaden z nich nie wyróżniał się w świetnie grającej Barcelonie B, tak jak chociażby Jandro Orellana czy Nico Gonzalez, a zwłaszcza – Alex Collado. To, że kapitan rezerw i zdecydowanie najlepszy zawodnik zespołu nawet przez minutę nie powąchał murawy w pierwszej drużynie uważam za skandal, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego uniwersalność (potencjalnie nie tylko skrzydłowy, ale także kolejny zmiennik dla Pedriego). Oj, tutaj mógłbym się jeszcze trochę poczepiać.

Znajdź sobie jakiegoś innego narzeczonego

Tekst jednak zbliża się niechybnie do końca, a ja dalej nie mam nawiązania do Chłopaki nie płaczą, stąd też taki śródtytuł. A tak serio, uważam, że całkiem nieźle to pasuje. Laporta musi się zastanowić w ręce jakiego wybranka chce wydać Barcelonę – czy łobuza, który na początku kocha najbardziej, ale związek z nim może skończyć się szybkim rozwodem, czy jednak spokojnego, cichego, ale godnego zaufania absztyfikanta.

Słowem, mam wrażenie, że stajemy dokładnie przed tym samym dylematem co rok temu – drużyna na teraz, czy na przyszłość? Niezależnie jednak od tego, którą opcję wybierzemy, według mnie Koemanowi powinno zaserwować się czarną polewkę. Nie jest bowiem idealnym kandydatem na żadną z tych opcji.

Stąd też właśnie tytuł tego tekstu – stwierdzenie, które przeczytałem jest tak genialne, że aż sam żałuję, że nie ja na nie wpadłem.

Jego symbolika sięga naprawdę głęboko – oto mamy zasłużoną dla Klubu osobę, której zawdzięczamy jeden z najpiękniejszych momentów w historii… ale która jednocześnie nigdy nie byłaby w miejscu, w którym jest obecnie, gdyby nie ten właśnie moment. Dodatkowo Koeman jest dla mnie właśnie trenerem jak w tweecie powyżej – gdybym miał go określić jednym słowem, to byłoby to niezły. Niezły w odniesieniu do obu omawianych aspektów – walki o trofea na już oraz budowy młodej drużyny na lata. Ale dwa razy niezły nie składa się niestety na świetny w żadnym z nich.

Dlatego właśnie moim zdaniem, w pełni szanując pracę Koemana wykonaną w tym roku, należy go honorowo pożegnać i ruszyć jedną z dwóch dróg.

Dobra, ale może konkrety?

Pod czyją batutą? Cóż, jeżeli chodzi o opcję numer dwa, to sprawa moim zdaniem jest banalnie prosta – kto ma lepiej wprowadzać młodych z La Masii niż ten, który trenuje ich obecnie? Garcia Pimienta robi naprawdę świetną robotę, a o tym, że jest gotowy na pierwszy zespół pierwszy raz mówił jeszcze przed zwolnieniem Ernesto Valverde. On zna tych chłopaków, potrafi wykorzystać w pełni ich potencjał. Do tego ma zmysł taktyczny i pokazał wielokrotnie, że jest w stanie dostosowywać wybory personalne i ustawienie do konkretnego rywala, czy też z uwzględnieniem naszych braków kadrowych. Słowem, jest przyzwyczajony do mierzenia się z zespołami silniejszymi na papierze niż ten, który on sam prowadzi – i do wygrywania tych rywalizacji.

W kwestii zaś opcji numer jeden, czyli idziemy po wszystko (jak już wiecie, mi bliżej do tej spokojniejszej, natomiast Laporta mówił wprost, że w Barcelonie nie ma sezonów przejściowych), sprawa jest bardziej skomplikowana. Jednak tak jak między Sergim Roberto, a Danim Alvesem jest miejsce na dobre parę nazwisk, tak uważam, że istnieje ono między Koemanem, a Pepem.

Zupełnie nie kupuję przy tym narracji, że nikt nie jest obecnie dostępny, zwłaszcza od ludzi rozważających transfer Haalanda czy, jeszcze do wczoraj, Neymara. Szanujmy się trochę – mało który trener NIE będzie zainteresowany propozycją robienia rewolucji w Barcelonie na swoją modłę, niezależnie od jego aktualnych zobowiązań. Dlatego też wierzę, że nasz presidente ma kogoś konkretnego w zanadrzu, nawet mimo braku szansy na Nagelsmanna. Oczywiście chętnie się dowiem, kto to waszym zdaniem mógłby być, a w ramach małej prowokacji, w nagrodę za przebrnięcie przez ten tekst, pozostawię jedno mniej oczywiste nazwisko.

Hej, skoro już tu jesteś to może wesprzyj naszego bloga? Nie mamy reklam na stronie i utrzymujemy się dzięki dobrowolnym wpłatom naszych patronów. W zamian zaprosimy cię do naszej zamkniętej grupy dla socios 9CAMPNOU. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »