Jak poleciałem za darmo na półfinał LM i widziałem, jak Messi wkręca Boatenga w ziemię

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

„Słuchaj, co robisz w środę i czwartek? Aha, pracujesz? A bo chcą nas wysłać do Barcelony na mecz. Tak, półfinał Ligi Mistrzów na Camp Nou. Oni płacą za lot, hotel i bilety”. Z drugiej strony słuchawki był mój kuzyn, Artur. Po godzinie oddzwonił. „Ok, dostałem wolne. Jedziemy”

2015 to był chyba najlepszy rok mojego życia. Dużo nie pracowałem, biznes sam się kręcił, zwiedziliśmy z Martą kilka krajów, powiększyliśmy rodzinę o jednego małego boston terriera, wzięliśmy ślub i w końcu przeprowadziliśmy się do wymarzonej Barcelony. Barça Enrique wygrała tryplet, a ja miałem okazję być świadkiem tej historii, chociaż nawet tego nie planowałem. 

To był maj, pachniała Saska Kępa siedziałem z Martą w domu w Łodzi ustalając szczegóły wesela. I wtedy właśnie zadzwonił mój znajomy z firmy, z którą trochę wtedy współpracowałem. Jej nazwę pominę bo nie ma ona dla tej historii większego znaczenia. W przeciwieństwie do tego, kogo ta firma sponsorowała – a była to FC Barcelona. 

Bo Barça to nie tylko Nike, Rakuten, czy Qatar Airways. To też szereg mniejszych firm, które są partnerami i płacą srogie pieniądze za zaistnienie na stronie FCB, na Camp Nou, czy w social mediach. Te mniejsze firmy z kolei dostają od Klubu różne gratisy, jak np. bilety na mecz, które później mogą rozdać swoim pracownikom czy klientom, takim jak ja. Zadzwonili więc, a ja nie mogłem powiedzieć „nie”. Wiecie, nie wypadało 😉

Artur wziął wolne, oni zabukowali nam bilety lotnicze i hotel. Przylecieliśmy do Barcelony w środę 6. maja wczesnym popołudniem. Ulokowano nas w NH Diagonal Center na Poble Nou. Ciężko byłoby znaleźć miejscówkę bardziej oddaloną od Camp Nou ale nie narzekaliśmy. Darowanemu koniu i takie tam. 

Wylądowaliśmy na stadionie z dużym zapasem czasu. Właściwie wystarczyło tylko odebrać bilety na mecz i… tu pojawił się problem. „Qué no hay, no hay” – nie ma, nie ma. Szukali w systemie, przeglądali koperty, w których mieli zaproszenia dla gości i nic. Tak mijał kwadrans za kwadransem, zmieniali się tylko kolejni pracownicy Klubu. W końcu ktoś rozwikłał zagadkę i okazało się, że nasze bilety odebrali już wcześniej inni ludzie, również zaproszeni z tej samej firmy.

Tylko, że my ich nie znaliśmy. I nie wiedzieliśmy, jak się z nimi skontaktować. Zresztą wątpię żeby byli chętni oddać dwa wejścia na najbardziej oblegane wydarzenie tego dnia na świecie. Ktoś z tamtej ekipy się musiał bardzo ucieszyć.

Tak więc stoimy w biurze OAB jak dwa dzięcioły, które przyleciały z drugiego końca Europy bez biletów na mecz, który zaczyna się za kilka minut. Wtem! Jeden z pracowników wręcza nam koperty z zaproszeniami. Wybiegamy dziękując, a biegnąc do bramek słyszymy hymn Ligi Mistrzów. 

Zziajani wpadamy na nasze miejsca kilka minut po pierwszym gwizdku. Siedzimy zaraz za ławką gości na wygodnych miękkich fotelach. Dosłownie kilka metrów od nas przy linii stoi Pep Guardiola, który już wtedy trenował Bayern. 

Artur i jego selfiak

I kiedy skończyły się pierwsze nerwy, zaczęły się następne. Bo Monachijczycy to nigdy nie jest łatwy rywal, raptem dwa lata wcześniej rozbili nas w niechlubnym dwumeczu 7-0. 

W 14. minucie Suárez w swoim stylu marnuje sam na sam z Neuerem. Chwilę później jakimś cudem Neymar nie trafia z kilku metrów. Z drugiej strony zamaskowany Lewandowski równie fatalnie marnuje prawie idealne podanie Müllera. Chwilę przed końcem pierwszej połowy Neuer kapitalnie broni kolejną świetną okazję, tym razem Alvesa. Do przerwy 0-0.

Druga część meczu zaczyna się brzydko, dużo fauli taktycznych na przerwanie kontr przeciwników skutkuje żółtymi kartkami po obu stronach. Messi strzela zza pola karnego, ale w środek bramki. Neymar źle przyjmuje piłkę i daje się wyprzedzić Neuerowi, który rozgrywa tego dnia świetne zawody. 

I kiedy już myślimy, że będzie trzeba pogodzić się z remisem stery przejmuje ON. Jedyny i niepowtarzalny Leo Messi. Najpierw w 78. minucie odpala zza pola karnego rakietę ziemia-ziemia, która trafia do siatki obok bezradnego Neuera. A kilka minut później dzieje się to, co sprawia, że mówimy o tym meczu co roku 6. maja. Wkręcony w ziemię Boateng pada na murawę z połamanymi kostkami, a mijający go Leo miękkim przerzutem podwyższa na 2-0. Chwilę później na cały stadion rozlega się słynne „Meeessi, Meeeessi”.

Historia zadziała się na naszych oczach, chociaż w tamtym momencie chyba nie wiedzieliśmy dokładnie, dlaczego Boateng upadł. Siedząc nisko przy murawie nie widzi się wszystkich detali. Ale to nie było wtedy ważne, liczyły się dwie bramki zaliczki i kontrola meczu.

Spotkanie było już właściwie rozstrzygnięte i kiedy czekałem z telefonem na końcowy gwizdek żeby nagrać hymn Barçy nagle sam na sam z Neuerem wyszedł Neymar. A mnie udało się to nagrać, zresztą zobaczcie sami tę eksplozję radości:

„Si, si, si, nos vamos a Berlin!”

I tylko Pepa szkoda. On już wtedy wiedział, że tego dwumeczu nie odwróci.

Wracając następnego dnia do Polski zacząłem się zastanawiać, jakie my właściwie powinniśmy mieć miejsca na stadionie. Mecz był przecież wyprzedany. Czy to możliwe, że ktoś z obsługi po prostu się nad nami zlitował i dał nam zaproszenia na sektor VIP, który i tak był dosyć pustawy, nie licząc kilku kibiców w turbanach i ich znudzonych żon?

Zaczęło też do mnie docierać, że dzień wcześniej widzieliśmy na własne oczy historyczny moment dla FC Barcelony, Messiego i całego futbolu. A wszystko to praktycznie za darmo, nie licząc drobnych na taksówkę i jedzenie.

Ale taki właśnie był ten 2015. Chyba najlepszy rok mojego życia. 

Hej, skoro już tu jesteś to może wesprzyj naszego bloga? Nie mamy reklam na stronie i utrzymujemy się dzięki dobrowolnym wpłatom naszych patronów. W zamian zaprosimy cię do naszej zamkniętej grupy dla socios 9CAMPNOU. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »