¿Hala Madrid?

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

Na pewno część z was kojarzy tego jednego, dziwnie pachnącego kolegę, który na spotkaniach towarzyskich zawsze siedzi samotnie w kącie i pod nosem mamrocze coś do siebie o 13 pucharach, a kiedy wychodzicie razem do baru to po jednym piwie zaczepia przypadkowo spotkanych ludzi i przekonuje, że w piłce nożnej tryplet nie znaczy absolutnie nic (ty jednak na wspólnej wycieczce w 2012, słyszałeś, jak każdej nocy płakał w poduszkę i chlipał coś o złych sędziach, którzy co roku mu go odbierają). Muszę was niestety zmartwić, bowiem część z nas będzie musiała odnowić znajomość i pożyczyć od owego kolegi szalik Realu Madryt i z grymasem wewnętrznego bólu na twarzy zaśpiewać przed meczem Los Blancos „¡Hala Madrid! ¡Hala Madrid!”.

Oczywiście wstęp ten jest nieśmiesznym żartem i z tego miejsca chciałbym przeprosić wszystkich kibiców Barcelony, którzy uznali samą myśl o śpiewaniu hymnu Realu Madryt za równie przyjemne co miażdżenie palców prasą hydrauliczną. Okoliczności tabelowo-punktowe są jednak takie, a nie inne i z perspektywy Dumy Katalonii po prostu dobrze by było, gdyby to biała strona Madrytu wyszła zwycięsko z najbliższych derbów. W innym wypadku możliwe będzie, że sprawę mistrzostwa będzie można uznać za praktycznie rozstrzygniętą.

Atlético zasiadło na fotelu lidera w 10. kolejce i pomimo kilku potknięć w ostatnim czasie wciąż jest głównym kandydatem do ostatecznego triumfu w La Liga. Pomimo jednej rozegranej kolejki mniej posiadają przewagę 5 punktów nad Barceloną i Realem, które zajmują kolejno drugie i trzecie miejsce. Ostatni remis i porażka z Levante pozwoliły w ogóle uwierzyć, że jeszcze nie wszystko jest w tym sezonie stracone i jest szansa za zepchnięcie Atleti ze szczytu tabeli. Już w tym momencie wiadomo jednak, że zarówno Real jak i Barcelona same nie będą zdolne do realizacji swoich podstępnych planów. Jeżeli myślą o wygranej w La Liga, muszą wygrać swoje spotkania przeciwko Rojiblancos, a następnie czekać na ich potknięcie, w meczu z którymś z zespołów z niższej półki. Na pewno przyda się również trzymanie kciuków, żeby strzelba ich najlepszego strzelca, Luisa Suareza (który już od 4 spotkań nie zanotował gola na swoim koncie), zacięła się na dobre. Brzmi skomplikowanie, ale wbrew pozorom nie są to plany nierealne do spełnienia w futbolowej rzeczywistości. Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim to, że dwaj odwieczni rywale, FC Barcelona i Real Madryt, w myśl zasady „wróg mojego wroga to mój przyjaciel”, zmuszeni zostaną w najbliższym czasie zagrać  do jednej bramki – do bramki Los Colchoneros.

LEPSZEGO CZASU NA URWANIE PUNKTÓW ATLÉTICO NIE BĘDZIE

We współczesnej piłce, w pewnej części sezonu, sportowy kryzys dopada absolutnie każdego, nawet największego kozaka. Widzieliśmy to w przypadku Liverpoolu w ich mistrzowskim sezonie, widzieliśmy to ostatnimi czasy w Bayernie Monachium i widzimy to teraz w drużynie Simeone. Jeżeli Real nie wykorzysta tej okazji do zmniejszenia dystansu dzielącego Rojiblancos od drugiego i trzeciego miejsca w tabeli może być tak, że nikt nie zrobi tego za nich do końca sezonu. Atleti miało już w tym sezonie dwie serie 7 wygranych ligowych meczów z rzędu, które dzieliła zaledwie jedna porażka zatem w 15 meczach zdobyli wówczas 42/45 punktów możliwych do zdobycia… zdecydowanie imponujący rezultat.

Powtórzyć wspomnianą serię będzie im jednak dużo trudniej. Do końca sezonu Rojiblancos rozegrają dokładnie 14 meczów ligowych. Zmęczenie obecne w nogach i ciężki terminarz to dwaj złośliwi przeciwnicy, którzy będą starali się podstawić im nogę w tym biegu po puchar. Zaledwie 3 dni po niedzielnym spotkaniu z Realem, Atlético podejmie u siebie Athletic Club, po kolejnych 3 dniach czeka ich trudny wyjazd do Getafe, by kolejne 4 dni później, walczyć z Chelsea na Stamford Bridge. 4 dni na odpoczynek i Los Colchoneros stawią czoła Deportivo Alavés. Czas nie jest z gumy i grając z taką intensywnością trener ma związane ręce w kontekście treningu taktycznego. Dopiero po tej szaleńczej serii spotkań przyjdzie czas na oddech i ewentualne korekty, które pozwolą powrócić Simeone i spółce na właściwe tory.

Nie ma zatem lepszego momentu na to by z tych „właściwych torów” ich wykoleić. Niczym bandyci w klasycznych westernach chcący obrabować pędzący pociąg, Levante podłożyło pod tory na trasie Atlético – tytuł mistrzowski solidną porcję dynamitu. Zadaniem Królewskich jest ten dynamit odpalić. Trzymając się westernowych klimatów FC Barcelona powinna zatem wcielić się w rolę szeryfa – renegata, który przyjeżdża na miejsce zdarzenia i zabija tam absolutnie wszystkich. Bandytów, pasażerów pociągu, i losowych przechodniów (w tą rolę muszą wejść pozostałe zespoły La Liga).

Jak widać nie pozostaje nam nic innego jak tylko zacisnąć usta i trzymać kciuki za naszych przyjaciół 😉 w białych koszulkach. Po meczu, o 18:00, znów będziemy mogli opluwać się nawzajem w komentarzach na facebooku i wykłócać o to, który piłkarz jest GOATem*. Póki co korzystajmy jednak z tej chwili przyjaźni, a być może już za chwilę w kontekście gry o mistrzostwo Hiszpanii będziemy mogli powiedzieć:

*Wiadomo, że Messi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »