Cruyffismo w czasach zarazy

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

31. stycznia 2021 roku, 74. minuta meczu na San Mames. Antoine Griezmann strzela drugą, jak się potem okazuje, zwycięską, bramkę dla FC Barcelony. Blaugrana cofa się do głębokiej obrony. W odpowiedzi na dziesięciominutowy, stale rosnący napór Basków, Ronald Koeman za wspomnianego Francuza wprowadza na boisko Clementa Lengleta.

Nie sądziłem, że te wydarzenia doprowadzą mnie w nieznane wcześniej rejony Twittera. A wszystko zaczęło się od poniższej wypowiedzi:

Na obrazku otwarcie puszki Pandory

Ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się cała plejada nonkomformistów-antycruyffistów chcących wyczytać z tej wypowiedzi „kto to widział, żeby wielka Barcelona musiała się bronić przed jakimiś ogórkami” i próbując od razu obalić tę tezę. Oszczędzę wam kłopotu – macie rację. Serio. Nie ma tu żadnego haczyka, żadnej pułapki retorycznej. Ja też nie uważam, żeby w każdym przypadku wprowadzenie obrońcy za napastnika miało być nieuzasadniona. Ani, że z tego powodu Cruyff się przewraca w grobie, a nawet jeżeli tak – to, że nadrzędnym celem funkcjonowania FC Barcelony do końca jej istnienia powinno być niedopuszczenie do tego, choćby i kosztem wyników. Ale uważam to za ciekawy temat do dyskusji, niepotrzebnie spłycony w 280 znakach – stąd też ten tekst.

Na początku może dowiedzmy się, co ma do powiedzenia na ten temat sam sprawca całego zamieszania, czyli Ronald Koeman. Po pierwsze, cofnijmy się do jego pierwszej konferencji prasowej w roli trenera Barcelony, podczas której mówił tak:

Jestem Holendrem, lubimy mieć piłkę, dominować, starać się grać dobrze i wygrać mecz. Futbol istnieje, aby się nim cieszyć, to pierwsza rzecz, którą powiem zawodnikom – bez radości na boisku, nie będziesz miał maksymalnych osiągnięć. Trzeba cieszyć się grą i pracować”.

Brzmi zadziwiająco podobnie do pewnego innego Holendra, prawda? No to jedziemy dalej:

Cruyff był jednym z trenerów, którzy nauczyli mnie najwięcej, zwłaszcza w Dream Teamie. Mieliśmy najlepszą kombinację. Graliśmy futbol oparty na ataku i wygrywaliśmy trofea. To zawsze była filozofia, którą podążała Barcelona”.

Ledwo zaś trzy miesiące później, po wymęczonym 1-0 z Levante (notabene to od tego właśnie meczu zaczęła się cała dyskusja o zmianach – to wtedy w 89. minucie Umtiti zastąpił Griezmanna) w odpowiedzi na pytanie o dokonaną przez niego roszadę stwierdził: „Były akcje ze stojącej piłki i rzuty rożne i musieliśmy bronić, jak się dało. Nie obchodziło mnie zbytnio jak wygrać, tylko żeby wygrać.

Jasne, można twierdzić, że na początku mieliśmy Koemana – bujającego w obłokach idealistę, a gdy zobaczył jak się sprawy mają, to po prostu dostosował swoje oczekiwania do rzeczywistości (co w sumie odzwierciedla to jak antycruyffiści myślą odpowiednio: o cruyffistach i o samych sobie). Jednak warto tu zwrócić uwagę na kolejną jego wypowiedź, tym razem już z końcówki stycznia: „Mówiłem już wiele razy, że to sezon, w którym zmieniamy rzeczy, stawiamy na młodych zawodników. Na dziś Barca nie jest gotowa, żeby wygrać dużo rzeczy, bo poprawiamy się, ale musimy być realistyczni w ocenie skąd zaczęliśmy i jakich zmian dokonaliśmy.”.

Szkiełko i oko ≠ czucie i wiara? Niekoniecznie.

W ten sposób wreszcie powoli dochodzimy do sedna sprawy. Dla jasności – mi naprawdę nie chodzi o jakieś dogmaty i obronę pewnej filozofii w imieniu abstrakcyjnych, wyższych celów . Nie lubię martyrologii i nie uważam, że w konkretnym meczu lepiej ładnie przegrać 3-4 niż brzydko wygrać 1-0. Ostatecznie w sporcie chodzi o to, żeby udokumentować swoją przewagę nad przeciwnikiem i chyba dużo bardziej wolimy w wykonaniu Guardioli sezon 2008/09, niż 2009/10, mimo że to w tym drugim bardziej zasługiwaliśmy na zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Ale za to niestety trofeów nie dają.

A skoro już zahaczyliśmy o Łysego z Santpedor to nie uważam też, że ładna gra, czy gra barcelońska (albo po prostu – gra zgodna z cruyffismo), może mieć tylko jedno oblicze, właśnie to, którego rozkwit zobaczyliśmy za Pepa. Każdy radykalizm jest zły, a zbyt mocne zatracenie się w jakiejś filozofii najczęściej kończy się zjedzeniem własnego ogona. Doskonale pamiętam zresztą dyskusje na początku kadencji Luisa Enrique – czy to przystoi, aby Barcelona grała z kontry? Jak możemy mieć tak niskie posiadanie piłki? Czy można przenieść nacisk z linii pomocy na napastników? Wszystkie one dziwnym trafem ustały, gdy wiosną 2015 roku rozegraliśmy najlepszą rundę pucharową w Lidze Mistrzów, jaką widziałem.  

Ale jednocześnie ja już na starcie tego sezonu pogodziłem się z tym, że jest on przejściowy – i z tego co, zrozumiałem z ostatniej cytowanej powyżej wypowiedzi, takie jest też podejście Koemana. Zakładałem wobec tego, że może i pocierpimy, ale po to, żeby nauczyć się (czy może prezycyjniejj – przypomnieć sobie) jak gra się ładnie i wygrywa, bo chyba za to wszyscy pokochaliśmy Barcelonę i ostatecznie to właśnie jest średnio/długoterminowym celem. Regularne oddawanie inicjatywy przeciwnikowi, gdy musimy bronić wyniku to zaś droga na skróty i to prosto w ślepą uliczkę. W ten sposób na dłuższą metę niczego nie osiągniemy – nie przypomnimy sobie chociażby jak wychodzić spod pressingu przeciwnika w kryzysie, jak kontrolować sytuację tak dobrze, jak wymagał tego Szef od swojego syna (Kolca? Stolca?) w Chłopaki nie płaczą. To nie jest wybór między pragmatyzmem, a idealizmem – to dyskusja między tym, co na dłuższą metę jest najbardziej pragmatyczne (najbardziej skuteczne w dłuższej perspektywie).

Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Wreszcie, żeby dyskutować, czy cel uświęca środki, na początku trzeba byłoby się w ogóle zastanowić czy środki gwarantują osiągnięcie celu. Tymczasem we wczorajszym meczu spokój w szeregach obronnych miał wprowadzić ten, który jest w ostatnich tygodniach definicją chaosu – Clement Lenglet. Nie tylko o niego zresztą chodzi – cofając się głęboko za zasieki, tak jak zrobiliśmy to właściwie od razu po strzelonym golu, będziemy w końcówce każdego meczu na styku grali z przeciwnikiem w rosyjską ruletkę niczym w Łowcy Jeleni – pewnie jeszcze x razy się uda, ale w końcu, w najmniej spodziewanym momencie, padniemy jak Christopher Walken.

W meczu z Bilbao można wyróżnić kilka odrębnych faz. Właściwie cała pierwsza połowa to nasza dominacja i trzymanie przeciwnika na bezpieczny dystans. Dość spojrzeć na statystyki: zero rzutów rożnych, zero strzałów z pola karnego, właściwie zero kontrataków. Później wychodzimy na drugą część meczu i gramy nieco słabiej, ale bramkę i tak tracimy po indywidualnych błędach (Alby, ale także – lub nawet przede wszystkim – Minguezy). Po pewnym czasie udaje się nam wydrzeć trafienie na 2-1 i właśnie w tym momencie dzieje się coś dla mnie niezrozumiałego i co skrytykowałem w swoim tweecie: zamiast trzymać piłkę i spokojnie dowieźć zwycięstwo, totalnie oddajemy inicjatywę i skazujemy się na walkę o przetrwanie. Jeżeli nie chce wam się znów oglądać tych 15 (a właściwie 20) końcowych minut, to spójrzcie na sam ich przebieg okiem Flashscore:

Mój ulubiony komentarz to ten o hordzie graczy Bilbao

Podsumowując, skoncentrować się na obronie – tak, jak najbardziej, ale zrobić to mądrze. Uniemożliwiać przeciwnikowi podłożenie bomby (a taką jest dla nas na chwilę obecną praktycznie każde dośrodkowanie, zwłaszcza gdy robią to Baskowie – a policzcie ile razy pada słowo cross na powyższym screenie), a nie martwić się nią dopiero, gdy konieczne stanie się jej rozbrojenie. Zapobiegać, a nie leczyć.

Krajobraz po zmianie władzy

Na zakończenie jeszcze taka refleksja – dziś przeczytałem np., że powinienem pogodzić się z tym, że Barcelona nie będzie już grała w sposób zgodny z filozofią Cruyffa. Trochę zachciało mi się śmiać, bo wystarczy przeczytać co na ten temat myślą główni kandydaci na fotel prezydenta Barcelony: jej gorącym zwolennikiem jest nie tylko Victor Font, który wypadł już z łask polskiego twittera.fcb, ale też i w dalszym ciągu uwielbiany Joan Laporta. Jest więc dokładnie odwrotnie – to czas ludzi, którzy odbierali Cruyffowi miano honorowego prezydenta, którzy wyganiali z klubu jego uczniów i którzy mówili, że woleliby nie wygrać Pucharu Mistrzów na Wembley, gdyby wiedzieli, że to spowoduje związanie Cruyffa z Barceloną już na zawsze), właśnie minął. Gdybyśmy byli w Gwiezdnych Wojnach, to właśnie kontratak Imperium się kończy, a wkrótce nastąpi Powrót Jedi.

Możecie marzyć, że Blaugranę obejmie jakiś wyrachowany pragmatyk dążący do 1:0 w każdym meczu. Ale to się naprawdę nie stanie, tak po prostu. Nie tylko jeżeli trenerem zostanie Xavi, nie tylko jeżeli będzie to ktoś inny, ale nawet gdy jeszcze jakiś czas pozostanie nim Ronald Koeman – bo nawet on w końcu dostrzegł, że Busquets nie jest Wijnaldumem, a cała nasza pomoc bryluje, gdy w środku jest ich trzech (w każdym z nich inna krew), a nie tylko forsowane na początku doble pivote. Barcelonę może poprowadzić trener inaczej rozumiejący ofensywną grę, ale na pewno nie poprowadzi jej ktoś nastawiony na defensywę – i to ja radzę się do tej myśli przyzwyczaić.

I też dlatego sądzę, że zwłaszcza w momentach kryzysu powinniśmy zwrócić się ku temu co znamy najlepiej i co – z tego właśnie powodu – wychodzi nam najlepiej. Czyli obrona z piłką przy nodze, a nie bieganie za nią. Cruyffizm, ale nie ten ortodoksyjny, tylko zaadaptowany do realiów rywalizacji na najwyższym poziomie w trzeciej dekadzie XXI wieku. Ale droga do tej adaptacji nie wiedzie poprzez kurczowe bronienie jednobramkowej przewagi, drżąc czy uda się wybić kolejną piłkę lecącą w pole karne, czy też nie.

P.S. Pierwszą połowę meczu z Bilbao uważam za bodaj najlepszą w naszym wykonaniu w tym sezonie. O to właśnie chodzi.

P.S.2. Największą korzyścią z czytania tych wszystkich tweetów jest to, że odkryłem określenie Cruyffindor, którego zostałem z miejsca absolutnym fanem. Szacun dla pomysłodawcy.

Jedna odpowiedź

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »