Być jak Messi, czyli jak zagrałem w piłkę na Camp Nou

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on whatsapp
Share on email

To jest tekst o kopaniu piłki w świątyni futbolu. Ale też o spełnianiu marzeń, walce ze sobą i tym, co w życiu ważne. Dałem sobie kilka dni na napisanie tego tekstu żeby pozwolić opaść emocjom ale nic z tego nie wyszło. Musiałbym poczekać kilka lat. Tak więc jeżeli będę brzmieć za bardzo patetycznie to wybaczcie!

Świątynia

Wychodzimy na murawę Camp Nou, a z głośników leci Cant del Barça. Zaczynamy mecz w sobotę o godzinie 13:02. Temperatura w cieniu to 27 stopni, a my gramy w pełnym słońcu.

„Postpandemiczna” to słowo, które dobrze odda stan mojej formy fizycznej i piłkarskiej. Nie gram regularnie odkąd parę lat temu skręciłem obie kostki jedna po drugiej w przeciągu miesiąca. Dużo chodzę, jeżdżę na desce. W piłkę gram mało.

Przed wejściem do szatni podzielono nas na dwie drużyny po 18 zawodników. Nasza – Equip Grana – dostała różowe koszulki treningowe. Oni – Equip Blau – zostali w swoich własnych więc prezentowali wszystkie kolory tęczy. To właściwie jedyna rzecz, która mogła być lepiej zorganizowana bo momentami ciężko było się połapać kto gra z kim.

Gramy rotacyjnie 3 x 20 minut. Każdy zagra na ataku, na obronie i posiedzi na ławce rezerwowych. Ja na przykład zacząłem na środku obrony (koledzy wymyślili granie trójką więc co akcję byłem w polu karnym sam), później przechodząc przez lewą obronę, bramkę (jak dobrze umiem bronić zobaczycie na filmie z meczu) i wreszcie na koniec na atak gdzie już odcinało mi prąd i każdy start do piłki był walką z samym sobą. 

Obie drużyny były zbieraniną ludzi, którzy raczej się nie znają i prezentujących bardzo różny poziom. Od młodych chłopaków, którzy grają razem w klubie poprzez kilku ex-piłkarzy, amatorów jak ja, aż do zupełnych oldbojów, których traktowaliśmy ulgowo. Każda z drużyn dostała trenera, mieliśmy też sędziego i liniowych – pełna profeska.

Mecz był wyrównany, a poziom całkiem niezły. Myślałem, że znajdzie się kilka przypadkowych osób kopiących się po czole ale każdy w gruncie rzeczy coś tam potrafił.

Ale jak to, na Camp Nou?

Jak to w ogóle możliwe, że do tego meczu doszło? No więc niedługo będą wymieniać trawę na Camp Nou więc ktoś wpadł na słuszny pomysł żeby udostępnić stadion do grania „cywilom” taki, jak my. Przewidziano na to dwie soboty po dwa mecze i wszystkie szybko się wyprzedały mimo wysokiej ceny – 300 EUR za osobę + 30 EUR za osobę towarzyszącą. Zniżka socios? Jest, jak zwykle symboliczna, czyli 10%. Do tego doszedł jeszcze obowiązkowy test antygenowy na COVID – kolejne 30 EUR.

Trochę się wahałem, to nie był planowany wydatek w tym miesiącu, tym bardziej że za chwilę jedziemy na wakacje do kraju Basków, który też tani nie jest. Ale okazja żeby zagrać na tym samym boisku co Leo Messi, w świątyni na Camp Nou nie trafia się często. Pieniądze można zarobić, a nie wiadomo kiedy pojawi się kolejna taka szansa. Przez ostatnie sześć lat odkąd mieszkam w Barcelonie nigdy takich akcji promocyjnych nie robiono, a przynajmniej ja o nich nie słyszałem. Owszem, można wynająć Camp Nou do gry jeżeli znajdziesz minimum 35 osób i zapłacisz 340 EUR netto za każdą z nich. Co daje prawie 15 tys. EUR za mecz. Sporo.

Mecz

Co do samego meczu – nie, nie strzeliłem gola. Wszyscy o to pytacie. Nie mam o to do siebie pretensji bo nie miałem też żadnych sytuacji. Prawie zaliczyłem asystę ale kolega Jordi, socio Barçy od 25 lat, przeniósł piłkę nad poprzeczką. Poza tym miałem kilka dobrych akcji i kilka błędów. Mniej więcej tego się spodziewałem bo takiej przerwie od regularnego grania. 

Trochę postrzelaliśmy jednak na rozgrzewce i po meczu kiedy zorganizowaliśmy sobie strzelanie karnych więc nie ma co narzekać. Może jeszcze kiedyś tu zagram? Moje życie tak się układa, że nigdy nie wiadomo, co się przydarzy. 

Sama murawa nie była tak idealnie równiutka, jak wydawało mi się przed meczem, że będzie. Ci, którzy grali wcześniej o 10:00 trochę ją naruszyli, a palące słońce sprawiło, że trawa była raczej „tępa” i piłka chodziła wolniej, niż normalnie. Zraszaczy nie włączano, zresztą nie miałoby to chyba sensu.

Właściwie nie wiem nawet, która drużyna wygrała, ja zszedłem przy wyniku 4:4. Ale chyba nikt poza sędziami się tym nie przejmował i słusznie. Chodziło o zabawę, wspomnienia i oto żeby nikt się nie kontuzjował. Wszystko się udało.

Perspektywa

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy. Kilka godzin po zakończeniu naszego meczu w spotkaniu Danii z Finlandią na boisku zasłabł Christian Eriksen. Jeżeli czegoś nas nauczyła pandemia i momenty takie jak ten to że nigdy nie można odkładać życia na później. Nikt z nas nie wie ile jeszcze czasu nam zostało więc starajmy się wykorzystać te minuty, które nam dano do maksimum. 

Pieniądze to tylko środek do celu, a rzeczy materialne rzadko dają szczęście. Przeżycia zostają z nami na zawsze. A ja już zawsze będę mógł powiedzieć, że grałem w piłkę nożną na Camp Nou. I chociaż talentu piłkarskiego nie dostałem zbyt wiele to sobotę 12. czerwca 2021 zapamiętam do końca życia. Bo spełniłem marzenie z dzieciństwa.

Następnego dnia spałem do południa. Bolał mnie każdy mięsień w nodze, plecy, kciuk wybity przy jednej z akcji w obronie, a nawet głowa. A mimo to nigdy nie czułem się lepiej! I jeśli tylko będę miał jeszcze okazję to zagram tam znowu. Kto wie, może następnym razem nawet coś strzelę..? 

Hej, skoro już tu jesteś to może wesprzyj naszego bloga? Nie mamy reklam na stronie i utrzymujemy się dzięki dobrowolnym wpłatom naszych patronów. W zamian zaprosimy cię do naszej zamkniętej grupy dla socios 9CAMPNOU. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To może cię zainteresować

Opowieść z krainy tysiąca i jednej wrzutki

Na Camp Nou chodzę regularnie od sześciu lat i jeszcze nie widziałem czegoś tak złego jak to coś, co zaserwowała nam FC Barcelona Ronalda Koemana wczoraj wieczorem w meczu z Granadą. Nazwać to futbolem to jak nazwać gówno perfumami. 

WIĘCEJ »